Te wybory pokazały pięć spraw, bardzo optymistycznych.

REKLAMA
Po pierwsze: sojusz prawicy (Kaczyńskiego, Gowina i Ziobry) z konserwatywnymi hierarchami Kościoła katolickiego i klerem stracił swą moc. Fakt, że PiS przegrał wszędzie; że w Słupsku wygrał Robert Biedroń, w Tomaszowie Mazowieckim prawie wygrała Agnieszka Łuczak, a w Olsztynie przegrał Małkowski (zwany wampirem z Olsztyna) znaczy, że Polacy i Polki pomału odrzucają wizję Polski średniowiecznej, w której żyje się pod dyktat Kościoła, wierząc w wartość zaściankowej tradycji i plemiennych, dziewiętnastowiecznych haseł. W Poznaniu przegrał Grobelny, choć cała jego działalność polegała na budowaniu sojuszu między biskupami i kibicami. Ta grupa wsparcia okazała się słabsza niż zakładano.
Po drugie: wygrana Biedronia może oznaczać, że ludzie zaczynają rozumieć przez nowoczesność nie tylko stadiony i drogi, ale również wolność, równość, tolerancję, troskę o innych. I – w związku z tym - „ideologia gender”, którą powszechnie straszono okazała się wymysłem kleru, pustym w środku.
Po trzecie: to, że przegrali lub stracili na wsparciu „wielcy budowniczowie”, spece od wielkich projektów znaczy, że – być może - zaczyna się czas małych wspólnot i mozolnego budowania społeczeństwa obywatelskiego; wielu z wygranych polityków miało hasła socjalne (żłobki, przedszkola, dobrostan mieszkańców) oraz hasła miast, w których chce się żyć, a nie szybko przez nie przejeżdżać.
Po czwarte: mam nadzieję, że idzie ku upodmiotowieniu małych społeczności. Ludzie zaczynają rozumieć, że władza może i powinna być w ich rękach. Ruchy miejskie, ruchy obywatelskie pełne młodych dziewczyn i chłopaków, z głowami pełnymi pomysłów, pokazały, że to jest nasza przyszłość samorządowa.
Po piąte: nie ma jeszcze pełnych statystyk, ale już wiadomo, że mamy w samorządach więcej kobiet, a więc więcej troski o innych, więcej żłobków i przedszkoli, mniej korupcji i prywatnych ambicji. Statystycznie oczywiście. Dobrze to wróży następnym wyborom.