Walka Żakowskiego o to, by nie dopuścić do prezydenckiej debaty w telewizji zrobionej na wzór reality show jest walką Don Kichota z wiatrakami. Żakowski nie ogląda chyba telewizji lub nie przyjmuje do wiadomości, że jej formuła uległa radykalnym i nieodwracalnym zmianom. To miejsce jest jak korporacja, gdzie liczy się wyłącznie zysk, czyli – w przypadku telewizji – oglądalność, którą interesują się reklamodawcy. I tylko to zainteresowanie jest przedmiotem telewizyjnej misji.

REKLAMA
Program telewizyjny jest pasmem reklam, między które wstawiane są – coraz zresztą rzadziej – tańczące nogi, domorosłe talenty, kabarety, show’y w różnych postaciach i zapewne jakieś filmy, choć nie wiem, kto ma cierpliwość oglądać film pokawałkowany setką reklam. Świetnie to rozumie szef publicznej telewizji pan Braun, który za tak wysoki poziom wiedzy o mechanizmach mediów otrzymał Wiktora albo nawet superWiktora i w ogóle się tym nie zawstydził.
Pomysł Żakowskiego, by odbyła się poważna debata jest staroświecki, sentymentalny i nierealny. Wiedzą o tym nie tylko bossowie telewizyjni, ale również kandydaci na prezydentów. Magdalena Ogórek, Korwin Mikke czy Kukiz mają pomysły wyłącznie na dwie minuty. Ogórek powie o pisaniu prawa na nowo, Korwin o państwie- złodzieju, Kukiz o JOW-ach, które są panaceum na wszystko (na korupcję, służbę zdrowia, ulepszenie polityki oraz mediów).
Kandydat Duda potrzebuje znacznie więcej czasu, bo musi wszystko konsultować z prezesem. Komorowski mówi pomału, więc też z pięć minut by się przydało, a Palikot, w obecnej sytuacji, dostosuje się do wszystkich warunków. Najwięcej czasu potrzebuje rozchwytywany ostatnio przed media (w każdym razie przez stacje wiodące czyli Telewizję Republika i – niestety - TOK FM) kandydat Braun.
Dla wymienienia wszystkich tajnych żydowskich i masońskich organizacji, które rozszarpują Polskę potrzeba więcej czasu, ale media gotowe mu są go dać, bo można na nim zarobić chyba lepiej niż na Korwinie. Braun – dzięki mediom – jest na topie.
Drogi Jacku! Twój głos to wołanie na puszczy. Ani telewizja nie zrezygnuje z debaty, ani jej nie wydłuży, bo przecież nie o poważną rozmowę chodzi ale o show! Nic też nie uratuje demokracji rozumianej jako przestrzeń dyskusji, wymiany poglądów, ważenia racji, prezentacji projektów i poważnego myślenia o kraju, dobru wspólnym czy obywatelach i obywatelkach. Teraz mamy busy, spoty i sweet fotki, względnie politykę ambonalną...
Alleluja i do przodu!