Jako dziecko komercji, które co prawda przyszło na świat w czasach wielkich przemian ale w odróżnieniu od niektórych równolatków pamięta ( bo chce ) co to linoleum, guma do żucia za kilkaset złotych oraz, olaboga- kaseta(!) z przyjemnością i z wypiekami na twarzy obserwuję następną przemianę. Może nie wielką, może nie tak spektakularną jak zastąpienie ołówka do przewijania wspomnianej kasety przez suwak na ekranie tabletu - ale dzieje się dużo i naprawdę dobrze. Zaczynamy przypominać sobie o tym że mamy sprawne ręce, które raz na jakiś czas można odkleić od klawiatury komputera.

REKLAMA
O tym że kryzysu nie ma, nie było i nikt nie odczuwa jego skutków wiemy doskonale. To że 3/4 moich znajomych przez ostatni rok straciło pracę, zbankrutowało, musiało sprzedać mieszkania na spłatę kredytu we frankach - to czysty przypadek.
Przypadkiem jest także to, że przez pół roku nie dostałam ani jednego zlecenia, co w krytycznym momencie zmusiło mnie do wizyty w Urzędzie Pracy. Jako że pracuję jedynie 14 lat ( ale zawsze na umowy o dzieło) nie przysługuje mi nawet 12 groszy żebym już tylko nie płakała, aczkolwiek fakt posiadania ubezpieczenia i pewność że w razie grypy będę miała prawo posiedzieć kilka godzin przed gabinetem w państwowej przychodni utwierdziły mnie w przekonaniu że to jedyne słuszne rozwiązanie. Zupełnie nie wiem dlaczego, ponieważ i tak dalej chodziłam do lekarzy prywatnie. Kilka miesięcy oczekiwania na USG przerosło moją bezrobotną cierpliwość.
Podczas kolejnych spotkań z doradcą zawodowym ( chociaż właściwsze byłoby słowo- odradcą, bo odradzali mi wiele rzeczy natomiast nie doradzili nic konkretnego ) na hasło "projektant" w oczach pań za biurkiem widziałam na zmianę kpinę i współczucie, bo " proszę pani, teraz to fizycznych szukają, nie umysłowych". Trochę umysłowa jestem więc się poczuwam do porażki. Na dodatek przy okazji każdej wizyty w UP w którym naprawdę można poczuć się ciołkiem spotykałam liczne znajome ciołki - z uczelni, z liceum, z podstawówki - co niekoniecznie potwierdza zasadę, że "nauka to potęgi klucz". Powoli porzuciłam wiarę w siłę umysłu na rzecz mięśni.
W międzyczasie rozgrywał się jeszcze sąd nad sensem prowadzenia remontu; byłam bez pracy, pieniędzy i nadziei ( regularnie zabieranej przez panie z UP) i naprawdę miałam zamiar zamknąć budowę na cztery spusty , ale któregoś dnia poszłam na górę, usiadłam na łysej wylewce i stwierdziłam że nie mam absolutnie nic do stracenia. Materiały kupione, czas mam, dwie ręce też.
Wiem jedno- przez lata naoglądałam się setek sytuacji, gdy bankowo - biurowa Wyższość Płacę i Wymagam po kilku miesiącach spędzonych w mega hiper lux wypasionym penthousie stawała się zakładnikiem pana Miecia z powodu uszkodzonej spłuczki. Odwrócenie ról było oczywiście bardzo pedagogiczne , sprawiedliwe i na pewno znacząco wpływało na jakość życia (Miecia) oraz sumienie ( Wyższości). Zafajdana muszla i złota spłuczka powyżej - cóż, obraz namalowany przez życie. Powyższa historia i jej podobne wstrząsnęły mną do tego stopnia, że postanowiłam przynajmniej raz na jakiś czas porzucić piękną aczkolwiek zupełnie niefizjologiczną wirtualną rzeczywistość i nauczyć się rzeczy które mogą przydać się w dzisiejszym dzikim świecie.
Przede wszystkim- umiejętności dostosowania się do otoczenia i otoczenia do siebie. Jeśli coś się zepsuje, oglądamy film instruktażowy w necie i jedziemy. Jeśli brakuje nam kasy na wyposażenie, nie jesteśmy skazani na najtańszą linię mebli z marketu. Brakujące meble można: znaleźć, upolować, skombinować; wyposażenie mieszkania nie musi każdą nowiutką płaszczyzną odbijać naszego jestestwa. Znajomi którzy z niedowierzaniem ( i, jestem pewna, nutką obrzydzenia) obserwowali jak 10 lat temu skakałam po śmietnikach i ściągałam do domu "graty" dziś z zazdrością patrzą na pięknie wyszlifowane przez czas oparcia krzesła. Sami już czwarty raz wymieniają meblościankę w drewnopodobnej okleinie, a na moje sugestie żeby zajrzeli nawet już nie na śmietnik, ale do własnej piwnicy słyszę:
- ty to masz czas żeby szukać
- ty to masz miejsce żeby to pomalować
- ty to potrafisz
- ty to masz pomysły
Żaden z wyżej wymienionych argumentów nie ma poparcia w rzeczywistości, bo czasu wolnego mam zwykle mniej niż znajomi, do restaurowania moich śmieciowych odkryć nie wykorzystuję kosmicznych technologii tylko farby dostępne w każdym sklepie i pędzle szczeciniaki za 1,99 i nie, nie jestem Kolumbem recyclingu. Po prostu mi się chce, a do starych rzeczy mam szacunek. Do prostoty i do szczerości- materiału, formy, kontekstu otoczenia, pracy - także. Uwielbiamy sytuacje, gdy inni nas wyręczają i to jest prawdziwy problem...
Znalazłam ostatnio na jednej z moich ulubionych stron / Loftenberg / niesamowity projekt - nie projekt ; takie zagarnięcie przestrzeni z dobrodziejstwem inwentarza. Nie każdemu się spodoba, sama nie jestem pewna czy wytrzymałabym z tak prowizorycznym wyposażeniem, ale adaptacja starej szkoły na nadZWYCZAJNY dom do tej pory głęboko siedzi w mojej głowie. Łażę po mieście i rozglądam się za uczelniami do adopcji.
logo

logo
Każdemu kto twierdzi że efektowne wnętrze musi kosztować fortunę, polecam kolejny projekt z Loftenberg - włoski apartament zaprojektowany przez Alessandro Capellaro. Skrzynki górą! dołem oraz bokiem, a nawet dna odwrót.
logo

logo

logo

logo
Przełożenie egzystencjonalnego ciężaru z marzeń o wzniosłych odkryciach i wiekopomnych dziełach na zwyczajny remont okazało się strzałem w dziesiątkę; po kilku miesiącach fizycznego wyczynu wróciłam do projektowania wnętrz - z wiedzą praktyczną, nowymi klientami i świadomością że jak pierdzielną wszystkie komputery nie zostanę z ręką w nocniku, tylko będę w niej dzierżyć fach. I to jaki! Tylko grabarz może być spokojniejszy, jeśli chodzi o potencjalnych klientów.
A znajome ciołki? Jeden zaczął strugać meble, drugi zajmuje się reanimacją mebli podupadłych, kolejni produkują biżuterię, szyją ciuchy, założyli domowe przedszkola, sprzedają własne wypieki…uff. Kryzys, którego nie było uratował w nas to co w człowieku najpiękniejsze. Wiarę we własne możliwości.