Z remontami jest jak z odchudzaniem - po pierwszej euforii wywołanej spektakularnymi sukcesami przychodzi masa krytyczna. Waga stoi, prace stoją, czas nas bierze na przeczekanie. U mnie na budowie taki moment trwał prawie trzy miesiące; niby niedużo, ale w kontekście tempa poprzednich prac miałam wrażenie że wszystko co zrobiłam zdążyło już pokryć się mchem, rdzą i pajęczyną. Przełom przyszedł - o dziwo! w moje wyjątkowo okrągłe urodziny, najwyraźniej zamiast kryzysu wieku średniego.

REKLAMA
A to było tak:
Przez wiele, wiele tygodni żyłam sobie w zupełnie oderwanym od reszty świata królestwie spokoju zwanym remontem. Dla wielu osób porównanie go do oazy relaksu jest totalnym oksymoronem, ale, wiadomo; nigdzie nie czuję się tak bezpiecznie jak wśród worków gipsu, cementu i innych substancji niekoniecznie sypkich. Dźwięk wiertarki przypomina mi dzieciństwo, a w pyle ze szlifowanego drewna mogłabym się tarzać nago w świetle księżyca. Tarzania w wełnie szklanej nie polecam, co potwierdza mój kolega równie pokrzywdzony przez los ( to znaczy taki, który podobnie jak ja w dzieciństwie się wytarzał i swędzi go do tej pory ).
W sprzyjających powstawaniu nowego lokum warunkach wegetowałam aż przyszła wiosna . Dla podkreślenia charakterystyki zawodu projektanta przytoczę wiersz, który kiedyś stworzyłyśmy ze znajomą na okoliczność tejże pięknej pory roku:
"Wiosna, ach wiosna, dla ludzi, kwiatów i zwierząt radosna
a nam projektantom, ku...a jak zwykle zap.....ol przyniosła."
Na początku marca regularnie wpadam w przedziwną dziurę czasoprzestrzenną wypełnioną pomiarami, fuksją i płytkami rektyfikowanymi. W okolicach końca kwietnia wychylam głowę na powierzchnię żeby złapać oddech, stwierdzić że to do niczego niepodobne, że nie ma sensu, że ostatni raz i tak w ogóle to zmieniam zawód. Pod koniec lata projekty wygasają, klienci odchodzą, pojawia się drżenie rąk oraz myśl „ oni naprawdę odeszli ” i przechodzę w tryb jesienny, czyli przeliczam raz za razem zarobione pieniądze z dziwną nadzieją że w końcu doliczę się dodatkowej sumy. Jak łatwo się domyślić, mimo głębokiej wiary w moc pieniądza cudowne rozmnożenie nigdy nie następuje.
Obecnie jestem na etapie wiosny w rozkwicie, czyli rozkroku nad czterema budowami, weekendowymi wykładami i widmem remontu osobistego własnego ukochanego którego od tygodni nie odwiedzam.
W takim też stanie zastała mnie trzydziestka, której to nie miałam nawet czasu kontemplować; pochlipałam sobie za straconą młodością w kącie przez kwadrans i to tyle. Nie było tortu, świeczek, gości - żeby uratować to wydarzenie od całkowitego zapomnienia rozmieszałam klej, wyłączyłam komputer, telefon i w ciągu dwóch dni ułożyłam podłogę której nie byłam w stanie ruszyć przez dwa miesiące. Gdy dobiłam do końca ściany ze świadomością że leży za mną 60 metrów własnoręcznie położonego gresu wszystko jakby piękniejsze się stało - choć wcale nie łatwiejsze.
Bo teraz do czterdziestki muszę zdążyć z łazienką:)
poniżej dokumentacja wiekopomnego wyczynu, czyli ostatnie płytki w akcji. Więcej zdjęć znajdziecie TU
logo
logo
logo