Panie, Panowie - nadchodzi czas polowania. Okazje już rżą i przebierają kopytkami, a najnowsza moda, czyli garażowe wyprzedaże zawitała do naszej dzielnicy.
REKLAMA
Ciężko jest wyrazić słowami uczucie jakie rozlewa się po ciele, gdy zupełnie przez przypadek i troszeczkę z głupia frant ( by nie użyć słowa określającego walory często pokazywane przez polskie celebryty ) wchodzimy w posiadanie obiektu, o którym marzyliśmy po nocach. Takiego który byśmy chcieli nie chcieć pragnąć, bo jest całkowicie poza naszym zasięgiem.
Na przykład prezentowany już wcześniej lustrzany słoń metr pięćdziesiąt, na którego polowaliśmy z D. przez pół roku. Słoń był przeceniany cztery razy, za każdym coraz bardziej zbliżając się do kwoty która nie wzbudzała myśli o tym, czy aby na pewno człowiek musi jadać codziennie. W dniu gdy na metce z sumy czterocyfrowej zniknęło jedno zero wyciągnęłam wszystkie zaskórniaki, drobne na bilet oraz pensję który była jeszcze tak ciepła, że od razu wyparowała z konta i przypuściliśmy szturm na magazyn pewnego sklepu.
To był początek końca; od czasów słonia regularnie wykupujemy ze sklepowych półek baaaardzo zakurzone i baaaaardzo głęboko schowane RZECZY DZIWNE. Takie z którymi głupio jest stanąć w kolejce, bo kasjerka cichutko dopytuje "ojej, państwo naprawdę to biorą?" ze wzrokiem mówiącym wyraźnie "wiem, że jesteście zboczeńcami".
Umówmy się - to nie jest tak, że idę do sklepu po kulawego manekina, albo holenderski album o kulach śnieżnych. Zazwyczaj wybieram się po szarą bluzę, tylko jakoś przypadkiem nigdy jeszcze takiej nie znalazłam. A szklane głowy, kubki z gołymi babami i zmiotkę w różowe muffiny - owszem. Sam fakt zdobycia czegoś w nietypowy sposób albo po okazyjnej cenie jest tak podniecający, że od kilku lat ( oprócz żywności i kilku par skarpetek ) chyba nie kupiłam niczego w regularnej cenie. Poniżej najświeższe domowe zdobycze za prawie grosze.
Prawie, bo wszystko co zaoszczędziłam na wnętrzarskich akcesoriach przepuściłam na buty - to się nazywa zarządzanie funduszami...
Umówmy się - to nie jest tak, że idę do sklepu po kulawego manekina, albo holenderski album o kulach śnieżnych. Zazwyczaj wybieram się po szarą bluzę, tylko jakoś przypadkiem nigdy jeszcze takiej nie znalazłam. A szklane głowy, kubki z gołymi babami i zmiotkę w różowe muffiny - owszem. Sam fakt zdobycia czegoś w nietypowy sposób albo po okazyjnej cenie jest tak podniecający, że od kilku lat ( oprócz żywności i kilku par skarpetek ) chyba nie kupiłam niczego w regularnej cenie. Poniżej najświeższe domowe zdobycze za prawie grosze.
Prawie, bo wszystko co zaoszczędziłam na wnętrzarskich akcesoriach przepuściłam na buty - to się nazywa zarządzanie funduszami...
Teren polowań na szczęście nie ogranicza się do mniej lub bardziej wypasionych sklepów, a rarytasami mogą się okazać nie tylko firmowe nówki sztuki. Jeszcze do niedawna GARAŻOWE WYPRZEDAŻE kojarzyły nam się z amerykańskimi filmami ( zazwyczaj takimi, w których sympatyczny blondyn z sąsiedztwa okazywał się psychopatycznym mordercą) ale powoli, z pewną dozą nieśmiałości, zaczynają pączkować także u nas. Bardzo dobrze - to genialny sposób na pozbycie się niepotrzebnych przedmiotów. Lub, jak w moim przypadku, wrócenie do domu z naręczem kolejnych przydasiów i opowieści dziwnej treści.
Wszystkich którzy:
- mają coś do oddania
- pragną coś przygarnąć
- albo chcieliby bezkarnie podejrzeć i obgadać sąsiadów;)
- mają coś do oddania
- pragną coś przygarnąć
- albo chcieliby bezkarnie podejrzeć i obgadać sąsiadów;)
zapraszam na RE:kultywację w najbliższą sobotę.
Razem z LOFFT.pl uwijemy gniazdo pod białym namiotem w Parku Kombatantów w Nowych Włochach, gdzie będziemy udzielać bezpłatnych porad wnętrzarskich ( albo strzelać pestkami z czereśni).
Razem z LOFFT.pl uwijemy gniazdo pod białym namiotem w Parku Kombatantów w Nowych Włochach, gdzie będziemy udzielać bezpłatnych porad wnętrzarskich ( albo strzelać pestkami z czereśni).
