Powyższy zlepek słów pewnego dnia zagościł w rankingu najczęściej wyszukiwanych fraz na moim blogu.

REKLAMA
Kilka pierwszych minut tarzałam się ze śmiechu ( na podłodze), ale po chwili, jako że:
a) byłam świeżo po podjęciu decyzji o remoncie stuletniego domu
b) właśnie przeliczyłam z ciekawości projekty wnętrzarskie na roboczogodziny, dzięki czemu dowiedziałam się że zarabiam mniej niż kasjerka w hipermarkecie
c) telefon milczał od kilku miesięcy , w sensie potencjalnych zleceń- bo telemarketerzy pamiętali mój numer
....popadłam w głęboką zadumę. Blogowa wyszukiwarka niczym ciasteczko z wróżbą wyświetliła bliską rzeczywistości opcję wydarzeń, w której wyciągam z garażu folię i walczę o przeżycie oraz skrawek trawnika pod bazarkiem z autochtonami.
Jak do tego doszło?
Jak u A. Hitchocka: "Na początku trzęsienie ziemi, a potem napięcie ma tylko rosnąć"
Pewnego dnia, do domu naprawdę dużego ( choć wiadomo że nie ma domów ZA dużych) sprowadziło się sześć dorosłych osób plus niepoliczalność zwierząt. Po pierwszych miesiącach życia w radosnej komunie każde z nas miało ochotę zasztyletować bliźniego w trakcie snu więc podczas walnego zebrania zapadła decyzja o remoncie, a właściwie odrestaurowaniu górnego poziomu domu. Bagatelną powierzchnię prawie 200 m.kw traktowaliśmy przez 30 lat jako strycho- schowek nie biorąc pod uwagę przekształcenia go w teren mieszkalny, co samo w sobie mówi o mojej rodzinie dość dużo i niekoniecznie zdrowo...
Przerażeni wizją dalszego kiszenia się na wspomnianym parterze podpisaliśmy ( cała szóstka) krwią cyrograf o pełnym zaangażowaniu finansowo- fizycznym i...po dwóch miesiącach zostało nas troje. Jedna stała pensja plus dwa wolne zawody . Jedna finansowa plus dwoje fizycznych.
Mieliśmy dwa rozwiązania - albo brać wszystkie zlecenia po kolei z opcją jednego posiłku tygodniowo ( co i tak nie dałoby nam gwarancji, że zarobimy na wynajęcie ekipy wykonawczej) , albo zrezygnować z marnie płatnych zleceń, podejrzeć zza krzaka fachowców ( jak pracują!! ) i samodzielnie zrobić ten remont.
Wybraliśmy drugą opcję dzięki czemu po dwóch latach o których napiszę jeszcze szczegółowo i boleśnie wiem już że można żyć bez wakacji i wolnych weekendów ( można ); że można żyć bez imprez, kina i restauracji ( można ); że można żyć bez kremu pod oczy ( yyyy...); i bez nowych butów też można, choć pytanie "co to za życie" pojawia się niemal codziennie.
Naprawdę wszystko można. Tylko nie wolno myśleć o tym, że coś trzeba.
---------------------------------------------------------
Obiecałam że pokażę ;), więc pokażę- pytanie tylko czy interesuje Was, Drogich Czytelników efekt końcowy czy też chcielibyście zaznać również procesu remontowego? Mam mnóstwo materiału, jeśli sobie życzycie.