Umówiłam się z nim na dziewiątą, a konkretnie na osiemnastą czterdzieści. Przyszłam chwilę po szóstej, więc usiadłam, siedzę i czekam.
REKLAMA
Na zewnątrz siedzę i zimno mi w gołe stopy, bo miał być upał, a nie ma. Na wszystkich stolikach elektronika z jabłuszkiem, na moim czerwony notes i długopis. Nie zdziwię się specjalnie, jeżeli się przyjmie i od jutra połowa stolików schowa jabłka, a wyłoży kołonotatniki w ogryzki, bo w swoim pędzie do oryginalności nikt tu nie jest nazbyt oryginalny. No, może ta blondynka z dużą torebką LV, moja pensja razy dwa, tak na oko. Chociaż oko mam niewprawne i krótkowzroczne, więc może i trzy. Umówmy się, mój czerwony notesik to tylko dlatego, że mam daleko i nie chce mi się tłuc z laptopem przez pół Warszawy.
- Przepraszam, czy tu wolne?
- Sorry, nie, czekam na kogoś.
- Sorry, nie, czekam na kogoś.
Siedzę, podpatruję i podsłuchuję, hobby takie dziwne, zboczenie może nawet trochę, mały nieszkodliwy voyeuryzm. Wokół mnie piękni ludzie, piękni tylko swoją młodością, torebkami, błyszczykami i rumieńcem od wina na bladych policzkach - niedziela w końcu, więc cała Warszawa na proszkach od bólu głowy. Przy stoliku po lewej blondynka z dużym dekoltem i małym czarnym pieskiem wrzuca jabłuszkiem zdjęcie na fejsa, a reszta towarzystwa wymienia informacjami, gdzie i jak bardzo nawaliła się z okazji sobotniej żałoby narodowej. Przylizany brunet w ciemnych okularach klęka przed loczkowaną i przysięga, że obudził się sam i we własnym łóżku, a drobny blondyn machając rękami opowiada o tłumach przed telebimami na Placu Defilad i kilometrowych kolejkach po piwo i wiśniówkę na Foksal. Wysoki łysy chyba nie dotarł jeszcze do domu, bo wciąż ma czerwone spodenki, białą koszulkę, fantazyjnie zawiązany szalik w barwach narodowych i resztki farby na twarzy. Stolik po prawo operuje językiem obcym międzynarodowym i jest bardzo poważnie, bo o tłustych szczurach na Fifth Avenue, protestach w Grecji i dzieciach na syryjskich czołgach, jest o przyczynach, bardziej niż o skutkach, blondynka w Ray Banach kipi z oburzenia, brunet pod czterdziestkę z francuskim akcentem klepie ją dla żartu po rozgestykulowanych dłoniach, więc blondynka się śmieje i woła do kelnera o rachunek.
Piękni ludzie w pięknych ciuchach siedzą przy stolikach, siedzę i ja z nosem w moim czerwonym notesiku, skrobię niezdarnie, bo dawno zapomniałam, jak to jest, pisać coś odręcznie, i nagle jest dziwna cisza, nie słychać nawet szczekania małego czarnego pieska od pani z dekoltem. Rozglądam się i widzę kobietę w brudnym dresie krążącą chwiejnym krokiem pomiędzy stolikami z wyciągniętą ręką, przylizany brunet odwraca się ze wstrętem, wydekoltowana przytula się do pieska i chowa jabłuszko do kieszeni, francuski akcent ucieka do łazienki, a ja zasłaniam się czerwonym notesem i udaję, że szukam czegoś w torebce. Po minucie jest już głośno, Ray Bany znowu krzyczą coś o Syrii, szalikowiec rozpamiętuje wczorajszy mecz, piesek szczeka, tramwaj dzwoni, ta od Vouittona wybucha za głośno, jak na szczery śmiech.
Zamawiam drugi kieliszek, zasłaniam się ciemnymi okularami i wstyd mi za to, że wygodniej mi patrzeć, nic nie widząc. Osiemnasta trzydzieści pięć, on zaraz przyjdzie, mi zaraz przejdzie.
