Podczas porannego przeglądu portali informacyjnych dowiedziałam się, że podejrzany Michał F. nie poznałby na ulicy swojej ukraińskiej pomocy domowej, bo przeważnie ogląda ją z góry. To znaczy, ona klęczy, a on patrzy.
REKLAMA
Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, któż zacz jest Michał F. i dlaczego jego pomoc domowa występuje na pierwszych stronach portali, oprócz faktu, że jest Ukrainką, co obecnie jest tematem na czasie. Zaraz jednak doczytałam, że Michał F. występuje w parze z Jakubem W. oraz jego czerwonym ferrari i stała się jasność. Sekundę później przypomniało mi się, że podejrzany Michał F. dysponuje legalną małżonką. Portale plotkarskie nie donosiły, jakoby przestał dysponować, więc trochę mnie ciekawi, co też legalna małżonka sądzi o klęczącej przed jej mężem ukraińskiej pomocy domowej. Osobiście po takim występie zrobiłabym małżonkowi jesień-kurwa-średniowiecza, ale podobno jestem potwornie staromodna i w ogóle nie na czasie. A jesieni-kurwa-średniowiecza to w ogóle od dawna już się nie praktykuje.
Ok, rozumiem – nikt przed nikim nie klęczał, nikt by nikogo nie zgwałcił i w ogóle nie o to chodzi. Chodzi o słupki słuchalności, oglądalności i klikalności, a już od czasów rzymskich najlepiej sprzedawały się flaki, krew i dupa. Mamy sobie tak zwane wolne media, to znaczy sympatyzujące politycznie z tymi, co ich lubią, za to całkowicie zależne od swoich wyników finansowych. Jest wynik, płyniemy, nie ma wyniku, toniemy, proste jak konstrukcja narzędzia rolniczego do ręcznego młócenia zboża. Naród pragnie krwi, dajmy narodowi krew, naród pragnie posłuchać o gwałconych przez Wojewódzkiego, proszę bardzo, Wojewódzki zgwałci, nie ma sprawy. Słupek do góry, reklamodawcy ante portas. I nie wiem, kogo tak naprawdę, kto jest gorszy, Jakub W., który pieprzy jak potłuczony o gwałceniu ukraińskiej pomocy domowej, czy ci wszyscy po drugiej stronie, którzy tego chcą słuchać, oglądać i w to klikać.
Jak byłam mała i głupia, wierzyłam w świętego Mikołaja, dziesięć przykazań, siedem grzechów głównych i opiniotwórczość mediów. W to, że mogę sobie posłuchać prawej strony, lewej strony, pomnożyć, podzielić i wyrobić sobie zdanie własne. Z gwałconych Ukrainek, mamy Madzi, Krzysztofa Rutkowskiego, ‘zamachu w Smoleńsku’ i ‘orgii nienawiści’ na Moście Poniatowskiego trudno mi wyrobić sobie jakąkolwiek opinię, łatwiej mi zamknąć laptopa, wyłączyć telewizję i nie kupować tygodników krzyczących okładkami takimi jak ta przedostatnia Wprostu. Tylko, że niekoniecznie w nieuczestniczeniu jest sedno.
Ostała się jeszcze niewielka grupa dziennikarzy, publicystów, aktorów i ludzi kultury, którzy nie budują sobie PRu na lansowaniu się w okolicach centrum Warszawy w czerwonym ferrari (wersja na bogato) lub czerwonym CLSie (wersja sponsorowana przez producenta, dla nieco biedniejszych), na opowiadaniu Pudelkowi o swoich ślubach, rozwodach, domach i problemach z erekcją, a na tym, co piszą, co wydają, jakie filmy kręcą, jakie płyty nagrywają i tak dalej. Nie są im potrzebne do tego ukraińskie służące, ustawki pod warszawskimi klubami i jeżdżenie w kółko czerwonym samochodem po centrum, bo to co robią, mówi za nich. Więckiewicz gra i udziela wywiadów, Passent pisze, Kowalczyk jeździ na nartach, a ich dupa jakoś nie występuje na Pudelku. Można? Można.
Panie Jakubie W., kiedyś pan był recenzentem i dziennikarzem muzycznym, kim pan jest teraz?
