Pan z parteru, klatka obok, ma na oko coś koło trzystu lat. Chodzi bardzo powoli i lekko powłóczy nogami, w ręku ma smycz, na smyczy pieska.
REKLAMA
Właściwie to nie piesek, tylko coś pośredniego pomiędzy kotem a pieskiem. Małe, kudłate, szczekliwe i ucieka przed kocurem - czarną panterą przemykającą się pomiędzy oknami piwnic. Na czubku głowy koto-piesek ma sierść zebraną w kucyk czerwoną kokardą. Kucyk dziarsko podskakuje, kiedy tak sobie maszerują, koto-piesek i jego powłóczący nogami pan. Przyklękłam na stopniu przed klatką i przekopuję moją stanowczo za dużą torbę w poszukiwaniu kluczy. Przedtem próbowałam otworzyć sobie klatkę kartą wejściową do fabryki, ale nie wyszło. Z nadzieją, że nikt nie widział, klęczę przed drzwiami i ryję, po jednej stronie dwie siaty z zakupami, po drugiej laptop. Nagle zza rogu wyłania się podskakujący wesoło kucyk, czerwona kokarda i powoli powłóczące nogi.
- No tak, panienka kluczy szuka, to panienka nie wie, że klucze na wierzchu trzeba? Ja zawsze w kieszonce noszę, o tu, o. Panienka też powinna, na pewno ma panienka w torbie kieszonkę, widzę, że ma.
Uśmiecham się przepraszająco, klucze brzęczą mi w dłoni, dobrze wiem, że jutro jak co rano znowu cisnę je w czeluść torby. Następnego dnia rozglądam się nerwowo, znowu siatki, laptop i przekopywanie torebki, i znowu czerwona kokardka wychyla się zza rogu. Tym razem starszy pan jest już wyraźnie podirytowany:
- I co ja panience mam powiedzieć, żeby panienka mnie posłuchała, co…?
Panienka zawstydzona mamrocze coś pod nosem, otwiera drzwi i szybko ucieka na na swoje czwarte bez windy. Kolejnego dnia, jak co rano, pozdrawiam starszego pana, wychylającego się zza swojego parapetu zastawionego białymi storczykami i ostentacyjnie chowam klucze do małej kieszonki na wierzchu torebki. Starszy pan potakuje z aprobatą, ech, głupia jeszcze ta młodzież, głupia, gdyby tak częściej starszych słuchała.
Starsza pani z mieszkania piętro niżej miała lat czterysta pięćdziesiąt i krótkie fioletowe włosy. Była niska, chuda i zawsze bardzo elegancka. Podobnie jak pan z parteru, chodziła wolno, doszedłszy zapewne do wniosku, że nie ma już się do czego spieszyć,wręcz przeciwnie. Nigdy nie chciała, żeby pomagać jej z zakupami, chociaż widać było, że taszczy je z wyraźnym trudem. Kiedy jeszcze żył jej mąż (panie z tego pokolenia miewały mężów, nie konkubentów i nie partnerów), ich gościem często bywał Daniel Olbrychski, jego niski, tubalny głos słychać było na całej klatce. Mój ówczesny narzeczony miał wówczas zwyczaj wpadać do mieszkania podniecony i krzyczeć, że zderzył się na schodach z Kmicicem, kończ waść, wstydu oszczędź. Któregoś dnia jeździłam intensywnie na szmacie (były to czasy kiedy jeszcze chciało mi się mieć wypolerowaną podłogę), kiedy Fioletowe Włosy wdrapała się na czwarte piętro i zapukała do moich drzwi, lekko zawstydzona:
- Ja bardzo panią przepraszam, taką głupia rzecz, wie pani, mam tu telefon i tę zdrapkę taką, ale kompletnie nie wiem, jak to się robi, syn zawsze… Mogłaby pani?
Kilka miesięcy później zniknął jej mąż, a zaraz potem przestałam widywać także i ją. Od dwóch tygodni w jej drzwiach tkwi kartka od inkasenta z elektrowni.
Pana z parteru rozpoznaję po piesku, panią z trzeciego po fioletowych włosach, reszta jest dla mnie ledwo do rozróżnienia, więc na wszelki wypadek mówię „dzień dobry” wszystkim w promieniu kilkuset metrów, wszystkim w sklepie po drugiej stronie ulicy i wszystkim w pobliskim parku. Nie zaszkodzi, a może pomóc. A jeżeli starszy pan puka po dwudziestej do moich drzwi, to raczej na pewno jest to sąsiad:
- TEN ZIELONY ROWER NA PÓŁPIĘTRZE!!! TO PANI???
No, no, może i chodzisz po świecie już dwieście coś lat, ale krzepa w płucach jest, myślę sobie. Z trudem powstrzymałam się od „TAK MÓJ!!!” i odpowiedziałam grzecznie, że owszem, ale jeżeli przeszkadza, to ja go oczywiście zaraz zabieram i już więcej przeszkadzać nikomu nie będzie.
- Nie przeszkadza!!! Ale wie pani!!! Tych dwóch od ulotek!!! Jeden mały czarny i chudy, drugi rudy i gruby, ci od telepizzy, coś się dzisiaj przyglądali dziwnie!!! Ja pani mówię, schować!!! Schować, bo jutro go już nie będzie!!! Do piwnicy schować!!! Pani daje klucze do piwnicy, ja pani zaniosę i wstawię, prędko!!!
Hm. Jak sąsiad powiedział, tak sąsiad zrobił. Teraz mam wprawdzie mały problem z wydostaniem roweru z powrotem, bo kłódkę od piwnicy potrafię otworzyć, a zamknięciem mam problemy, ale myślę, że gdybym zapukała na drugie piętro, na pewno by zszedł.
Jakiś czas temu koledze ukradli radio dotykowe z samochodu. Samochód był zaparkowany na jednym z warszawskich osiedli, w garażu z monitoringiem i ochroną. Osiedle ma dwa ogrodzenia, a miejscami nawet fosę. Mieszkańcy przegłosowali też likwidację furtki od jednej strony, tak aby ludzie z okolicy nie robili sobie skrótu przez ich osiedle. Znajomy miał oczywiście ubezpieczenie pokrywające wszelkie możliwe szkody i radio sobie szybko odkupił. Po niecałym miesiącu wyjęli mu znowu, z tego samego garażu, za dwoma ogrodzeniami, szlabanem, kamerami i ochroniarzem.
Dobrze, że tam nie mieszkam. Wciąż mam rower.
Tytuł - cytat z powieści Anne Enright "Tajemnica rodu Hegartych".
