ja - tuż przed skamleniem...
ja - tuż przed skamleniem...

Najnowsze wydanie kwartalnika KSIĄŻKI - już w kioskach. Siłą przyzwyczajenia zaczynam je od felietonu Mariusza Szczygła, bo jak zawsze czeka mnie tam coś interesującego. I nie mylę się. Elektryzuje mnie sam tytuł: SKAMLENIE O SEKS. Wow!! Mariusz Sz. odkrywa się z tym, co dla niego jest najbardziej poniżającym:

REKLAMA
…najbardziej poniżyłbym się, gdybym zapytał kogoś, kto przeczytał moją książkę: I JAK CI SIĘ PODOBAŁA? Pisząc powyższe, już mam nieprzyjemne uczucie w żołądku. Widzę w tym jakąś rozpaczliwą prośbę o pieszczotę. […] jeszcze nigdy nikogo nie spytałem o wrażenia po lekturze moich tekstów. Spodoba się, sami powiedzą. Dla mnie byłoby to jak błaganie o seks, kiedy nikt się nie kwapi, żeby cię zaspokoić.”
Powiązanie procesu pisania, czyli tworzenia, ze skamleniem o seks, pobudziło moją wyobraźnię dość mocno. Zapewne dlatego, że….no, po pierwsze - sama właśnie teraz tu piszę. Po drugie – proces tworzenia jest przynależny wielu profesjom, nie wyłączając życia korporacyjnego.
W korporacji bowiem bez pisania raportów, zestawień, robienia estymacji, itp. nie istniejesz. Na szczycie tej twórczo-odtwórczej piramidy znajdują się dziesiątki stron narzuconych przez centralę planów – półrocznych, rocznych, 5-letnich, czy więcej. Centrala je produkuje jakby na zamówienie po każdym globalniejszym wydarzeniu rynkowym. Taka elastyczna… Bez nich brak kierunku, brak wizji, wszyscy błądzą w ciemności…
Korpo-ludzie są wiecznymi studentami korpo-kierunku, który zwie się: Raportologia Stosowana. Warto się do tego przyłożyć, bo dobra ocena jest tu na wagę złota.
Każdy ruch, sugestia, wniosek, decyzja, poświadczone wzmianką w mailowej korespondencji pokazują, jak pracujesz, a ich styl i content - czy jesteś perspektywiczny. Bez raportologii nie żyjesz.
Jakie mogą być wnioski na temat potencjalnego skamlenia o seks, czyli o opinię na temat własnej aktywności w odniesieniu do funkcjonowania w korporacji?
Po pierwsze:
Mariusz Szczygieł ma ugruntowaną pozycję na rynku polskiego reportażu. Skamleć o uwagę nie musi i nie chce. Ale w codziennym życiu firmowym to norma. Ten, kto nie chce pozostać niezauważonym trybikiem potrafi znaleźć wiele sposobów, by jego ‘twórczość korporacyjna’ została dostrzeżona.
Ci będący niżej w hierarchii organizacyjnej nie mają (jeszcze) tej wiedzy i wskazanego tupetu, liczą na to, że ktoś ich dostrzeże i doceni, i nie zapomni im o tym wspomnieć.
Ci będący wyżej złudzeń nie mają. Na górze dzieje się zbyt dużo i zbyt mocno, by liczyć na kogoś innego, zamiast na siebie.
Po drugie:
Zasada znana ze świata celebrytów: ‘gdy o tobie się nie mówi, to znaczy, że nie istniejesz’, obowiązuje i w korpo-świecie. Redagowanie raportów, podsumowań, własnych osiągnięć (przedstawionych tak, by nie było wątpliwości, jaką w nich grałeś rolę) jest dużą sztuką. Ale jej nie mniej ważną koleżanką jest nagłaśnianie owych raportów i ich zawartości.
Niech wspomnę szanownego kolegę, który przez 4 (!) kolejne cotygodniowe spotkania w gronie extended executive committee opowiadał wciąż o jednej (skądinąd dużej) pending transakcji. (Ten zapewne problemów ze skamleniem o seks nie miałby). Ten rodzaj skamlenia nazywamy self-promotion.
Po trzecie:
Wracając do najbardziej poniżającego pytania wg Mariusza Szczygła („JAK CI SIĘ PODOBAŁA MOJA KSIĄŻKA”, twierdzę, iż dużo bardziej poniżającym pytaniem jest: CZY CZYTAŁEŚ JUŻ MOJĄ KSIĄŻKĘ (RAPORT, WPIS, etc)?
Jaka jest różnica pomiędzy tymi dwoma pytaniami? Zasadnicza.
Jeśli jesteś na początku swojej drogi pisarza, blogera, korporacjusza, to pytasz, czy ktoś cię przeczytał, bo aspirujesz. A aspirujesz, więc brak ci tupetu. A gdy brak ci tupetu, to liczy się nawet to, że ktoś cię dostrzega.
Jeśli jednak jesteś już znany, masz pozycję, stanowisko (furę i komórę oraz perspektywy), to, wiesz, że liczysz się na tyle, że ciebie ‘się zauważa’, ‘się czyta’ i ‘się komentuje’, a na pewno nie przechodzi się obok obojętnie.
Po czwarte:
Szczygieł (M.) jest świadomy tego, co go poniża, więc świadomie tego unika. Jak pokazuje życie – szukanie akceptacji i pochwał u innych, często kończy się gorzej, niż zaczyna. Obcy nie ma oporów, by (szybciej) skrytykować, zanim wspomni ci o jakimś pozytywie. Decyzja o nieskamleniu jest więc włączeniem mechanizmu samoobronnego.
Inaczej jest w korporacji. Przypominanie o sobie najczęściej popłaca.
Jeśli jesteś w hierarchii poniżej poziomu managementu, wtedy twoje skamlenie przy najbliższym spotkaniu, pt.: Czy czytał Pan mój raport? skończyć się może w trójnasób. Albo tym, że szef okaże zdziwienie („Musiałem przeoczyć w natłoku maili”) albo usłyszysz od managementu, że zabrakło czasu na lekturę („Byłem zajęty bardzo ważnym zagadnieniem” – domyślasz się, iż twoje nie było tak ważne). Ewentualnie usłyszysz kilka cierpkich uwag na temat tego, czego w raporcie zabrakło, co jest niedopracowane, ale przynajmniej…zostaniesz zauważony.
Jesteś osobą młodą, więc twoje reakcje w stylu ‘kąpieli w gorącej wodzie’ są czymś oczywistym, choć mało pożądanym. Taka kolej rzeczy. Keep trying! W końcu ciebie rozliczają za podejmowane wysiłki, za energię, za entuzjazm, za pracowitość, za ilość prób i podążających za nimi raportów. Więc możesz się napraszać. Ryzykujesz niewiele. Najwyżej ktoś powie ci, że robisz się namolny.
Jeśli dotarłeś stanowiskiem na poziom managementu wiesz, że okazywanie emocji uważane jest za dyskredytujące. Rzadko ‘skamlesz’. Najczęściej skwapliwie odnotowujesz swoje sukcesy mniejsze czy większe, które zaprezentujesz przy odpowiedniej okazji. Na razie jesteś, jak przyczajony tygrys/ukryty smok. Bo ciebie nie rozliczają za chęci, ciebie rozliczają za konkrety: realizację budżetu i inne namacalne efekty wdrażania pierdylionów planów centrali.
No dobrze, zatoczyliśmy koło. Bo co łączy furę, komórę, wysiłki, energię i skamlenie?
Chuck Norris wie, i wam podpowie: SEKS. Ale to temat na wejście po godz. 22-ej.
Żegnam na dziś. Znikam z Chuckiem.
A na marginesie pytam, choć może ktoś uzna to za skomlenie: CZYTALIŚCIE AŻ DOTĄD?