Proszę pani, ja bym takiego geja pałą potraktował – wykrzykuje 16-letni blondyn w szarej bluzie z przedostatniego rzędu słuchaczy. Wtóruje mu chórek kolegów, wiercących się z zadowoleniem, że wreszcie ktoś jej powiedział, co myśli. Dlaczego miałbyś to zrobić?- pytam.

REKLAMA
A dlaczego nie?- odpowiada blondyn, a siedząca wokół niego grupka pomrukuje ze szczęścia.
Bo jest człowiekiem? – pytam.
Nie jest – on na to.
Jak nie jest człowiekiem, to kim? – dopytuję oddychając głęboko. Próbuję zachować spokój.
Zboczeńcem jest, proszę pani, zwyrodnialcem.
Milknę. Jestem w dużym mieście, na wyższej uczelni, jest XXI wiek, wszyscy jesteśmy na Facebooku, siedzimy w internecie (nie będę udawać, że w książkach). Jesteśmy coraz bardziej do siebie podobni, niezależnie od tego, gdzie mieszkamy. A jednak w sprawach fundamentalnych nadal tak bardzo się różnimy. Dlaczego?
Przecież jesteś młody - myślę sobie - żyjesz w dobrobycie, przecież masz otwartą głowę i świat bez ograniczeń. Przecież jesteś pokoleniem, które ma dostęp do informacji, nawet jeśli twoi rodzice mówią coś kompletnie innego.
Przecież na twoich ulicach żyją kolorowi, a jeśli nie, to chociaż raz byłeś przecież na zagranicznej wycieczce lub widziałeś ich w necie. Twoi koledzy słuchają różnej muzyki i coraz mniej potrzebujesz już subkultur, by określić własną tożsamość.
Możesz ubierać się jak chcesz. Możesz mówić co chcesz. Możesz być, kim chcesz. Dlaczego innym nie pozwalasz?
I co roku jest tak samo. Jeździmy po Polsce z warsztatami dla młodzieży i co roku mamy nadzieję, że coś się zmienia. Patrzymy na ich w połowie dziecięce twarze. Dziecięce, więc dobre jeszcze i naiwne. Więc można coś jeszcze z nimi zrobić.
Lubimy ich. Lubimy młodzież taką, jaka jest. Znamy ją równie dobrze, a często lepiej niż eksperci piszący o nich statystyczne raporty.
Gadamy o ciele, miłości, depresji, o ich lękach i zawsze mamy poczucie, że jesteśmy z nimi po tej samej stronie. Tylko w jednym temacie sala dzieli się na dwie części - gdy mówimy o gejach, o orientacjach seksualnych, o tym jak powstają, czy mamy na to wpływ, że nie da się takiej orientacji zmienić, o tym, że nie można się z niej wyleczyć. Po prostu o tym, że świat nie jest czarno biały.
Zawsze wtedy myślę o kolacjach u moich rodziców, gdy podsłuchiwałam rozmowy dorosłych o polityce i nie mogłam zrozumieć, dlaczego jedni nie słuchają drugich, a drudzy pierwszych. I dlaczego na końcu wszyscy się denerwują i zapijają wkurwienie kieliszkiem wódki.
Nie wiedziałam do końca, czym jest to uczucie, które ogarniało mnie po kolejnej takiej podsłuchanej kolacji. Dziś to samo uczucie ogarnia mnie, gdy stoję przed tłumem młodzieży, a moje argumenty odbijają się od niej jak piłeczki tenisowe od ścianki. To uczucie to bezradność.
Gdy blondyn mówi o zboczeńcach, milknę, ale tylko na chwilę, potem zaczynamy rozmawiać. Wiem, że trzeba o tym rozmawiać, nawet jeśli to co słyszę napawa mnie smutkiem, a często złością. Nie musisz ich lubić, nie musisz akceptować. Możesz pozostać obojętnym. Ale nie bądź agresywny. Zostaw. Pozwól żyć. Przejdź obok i myśl o tym, jak ma wyglądać twoje własne życie, nie ich. Ich jest ichnie, a twoje jest twoje.
Wiem, że jest granica, której nie przeskoczę i nie zamienię Ich i Was w Nas, przy takich różnicach na wejściu to rozwiązanie niemożliwe. Kompromisem byłaby chociaż twoja, 16-latku, obojętność.
Słucham debaty w Sejmie i wiem, że pani poseł Pawłowicz, pan poseł Wipler czy minister Gowin, a także wszyscy inni „eksperci od homoseksualizmu” psują pracę, którą na co dzień wykonujemy my, edukatorzy, nauczyciele, a coraz częściej rodzice - wszyscy ci, którzy chcą, by ich dzieci wychowywały się w otwartości i szacunku dla drugiego człowieka, niezależnie od tego, z kim żyje. Politycy opowiadają w mediach o homoseksualizmie, a ja nie wiem, co odpowiedzieć młodzieży na argument, że przecież w telewizji mówią o gejach jako o ludziach chorych. - Proszę pani, i to ministrowie tak mówią - dodają dumni, że tak się znają na bieżącej polityce.
Przełykam wtedy głośno ślinę, jak zmęczony piątą godziną przemówienia Fidel Castro, i mówię dalej. Ktoś powie, że to tylko kropla w morzu potrzeb, ale wtedy przypominam sobie scenę z „Atlasu chmur“, gdy ktoś odpowiada na to, że przecież morze składa się właśnie z takich kropel.