finał pokazu Wild at Heart SS15
finał pokazu Wild at Heart SS15 materiały własne

Skrupulatność. Świetne wykończenie. Precyzja. To cechy projektanta doświadczonego i dobrego od lat. Tym samym, to niewątpliwie przymioty Mariusza Przybylskiego. Właśnie zakończył swój modowy tryptyk, pokazem, który śmiało można uznać za najsilniejszy w tym sezonie.

REKLAMA
W styczniu świętował swoje dziesięciolecie. Zaczynał od męskiej garderoby, w której stał się specjalistą na 100%. Dziś jego kolekcje, to równomierne rozłożenie sił na sylwetki damskie i męskie. Znany jako minimalista i esteta z matematycznym zacięciem do działania. Szerszej publiczności dał się ostatnio poznać, jako juror programu Project Runway. Kilka dni temu zaprezentował swoją najnowszą kolekcję na wiosnę/lato 2015 Wild at Heart. Co przedstawił i dlaczego odebrano ją tak pozytywnie?
logo
Mariusz Przybylski podczas finału pokazu fot. Filip Okopny

Niewątpliwie chodzi tu o konsekwencję. Projektant od wielu sezonów przyzwyczaił nas do pewnej estetyki. Z jednej strony to dobre, powiedziałbym nawet, że cenne. Z drugiej zaś na dłuższą metę może stać się wtórne, żeby nie powiedzieć nudne. Nic z tych rzeczy, bo w przypadku Mariusza na nudę nie można liczyć. Tu zawsze należy spodziewać się odpowiedniego i satysfakcjonującego poziomu. Nie trudno jednak zauważyć, że to trzeci pokaz (poza przerwą z sezonem jesień/zima 2013/14) o bardzo zbliżonej konwencji. To samo miejsce (hala zdjęciowa na ul. Domaniewskiej w Warszawie), biel jako dekoracja w tle, krzyżowo-spacerowa choreografia, teatralne ustawienie krzeseł na widowni. I wreszcie najważniejsze - ubrania: podobny krój, dobór materiału, uszycie, graficzne uwydatnienie, charakterystyczne elementy. Przybylski stawia zatem na to, co sprawdzone. Czy to źle? Absolutnie, bowiem reinterpretacja i unowocześnienie modeli pozwala na przekonanie się o tym, iż pewne pomysły posiadają mnogość oraz różnorodność zastosowań. Ponadto, pomimo kolejnych zestawień w kolekcji, wciąż widoczna jest harmonia.
logo
fot. Filip Okopny

Tym razem zobaczyliśmy istne szaleństwo. Szaleństwo rozpatrywane w kategorii Przybylskiego, bo stonowana kolorystyka czerni i granatu została zdominowana przez multikolorowe azteckie wzory i mozaiki, widoczne na wszystkich częściach garderoby od kurtek, płaszczy, spodni, koszul i bluz, po spodnie, spódnicospodnie (!) oraz sukienki. A wszystko to w wersji sportowej i eleganckiej. Niby prostej, ale jakże wyrafinowanej. Wprawdzie w ostatniej kolekcji projektant zaskoczył już rajskimi printami, ale stanowiły one zamkniętą sekwencję pierwszej, mniejszej części kolekcji.
logo
fot. Filip Okopny

W Wilde at Heart bujne i bogate wzornictwo widoczne jest właściwe do samego końca, ponieważ po motywie a' la indiańskim nastąpiło kolejne zaskoczenie - kolorowe kamienie i kryształy w wersji maksi. Zdobiły one zarówno garderobę damską i męską, bazową i wierzchnią. Od tradycyjnych bluz po niezwykle spektakularne zakładkowo-plisowane spódnice "syreny", wykonane ze sztywnej piankowej siatki, która wcześniej znalazła zastosowanie chociażby w jego słynnych kurtkach bomberach. A więc poza total lookami w energiczne zygzaki, to drugi bardzo mocny element tej kolekcji. Może i owe kamienie nie przypadły mi od razu do gustu (wciąż się do nich przekonuję), jednak trzeba przyznać, że z punktu widzenia wybiegu i światła scenicznego, to bardzo widowiskowy zabieg. Ciekawe czy znajdą zastosowanie w codziennym życiu? To jeszcze nie wszystko. Dopełnieniem licznych zdobień okazała się specjalna linia biżuterii marki Briju, zaprojektowana oczywiście przez Mariusza. Bowiem o ile pierwsza część pokazu wyraźnie nawiązywała do indiańskiego charakteru, to druga w swym szyku przywodziła na myśl odniesienia do zmodernizowanej interpretacji surowych gotyckich znamion w połączeniu z lekko barokową nutą, okraszoną bogactwem. Niemożliwe? Otóż jak najbardziej, a wszystko to za sprawą opisanych kamieni, naszyjników, golfów wystających ponad zapięte kołnierzyki niczym nadworne fulary zawiązane wokół szyi oraz rozkloszowanych spódnic o sztywnej konstrukcji, a także mięsistym deseniom materiału w granatowych kompletach.
logo
fot. Filip Okopny

Konsekwencja projektanta była widoczna przede wszystkim w doborze materiałów i bogactwie faktur oraz kolorystyce bazowej. Z kolei geometria, liczne przeszycia tworzące iluzję uwypuklenia, asymetria, wąskie spodnie (głównie o długości 7/8) i pudełkowe formy, a także ozdobne mozaiki sprawiły, że kolekcja była­ na wskroś nowoczesna i spójna. Z kolei wierność muzyce filmowej (tym razem usłyszeliśmy kompozycje takich autorów jak Hans Zimmer czy Abel Korzeniowski) dokonały tego, że zwykły pokaz mody stał się niczym dopracowany spektakl teatralny. I pomimo, że ostatnio na pokazy Mariusza trzeba czekać prawie rok - za co możnaby się nawet obrazić - to uwierzcie, w takim wydaniu czekać naprawdę warto. Tym bardziej, jak się dowiedziałem po pokazie, to ostatnia część tego precyzyjnego tryptyku i przyszłoroczne show będzie zupełnie inne.
logo
fot. Filip Okopny