
Nie oglądam już filmów. Mówiąc szczerze, to chyba nigdy ich nie oglądałem. W latach 90. najczęściej było tak, że film się zaczynał, leciała czołówka, a ja byłem już w połowie rozpinania źle dopasowanego biustonosza. Przyszło nowe milenium i nic się prawie nie zmieniło. Wrzucałem dvd, a potem leciał już tylko Jaś Wędrowniczek. Swoją drogą, to powód dlaczego, to imię jest tak popularne u nowo narodzonych. Świeżo upieczony ojciec nie mógł przez długi czas niczego innego powiedzieć powiedzieć. Teraz zamiast po ludzku usiąść jak człowiek w swojej pustawej hawirze przy nowiutkich 60 calach przeglądam, jakie reklamy kręci konkurencja. W najlepszym wypadku stoję na balkonie i palę peta.
REKLAMA
Powoli przestaję zwracać uwagę na detale. Kiedyś dzień zaczynałem od spotkania z Paco Rabanne, Davidoffem lub podobnymi buteleczkami z płynami. Teraz pojemność tych butelek jest podobna, tyle że coraz częściej jest pitna, a do tego przestałem być wybredny i kolor zawartości najczęściej jest krystalicznie czysty. Co gorsza zmienia mi się zapach. Jeszcze kilka lat temu religijnie przestrzegałem zasady stuprocentowej higieniczności, a teraz najczęściej czuć ode mnie nadgodziny, przegrany (lub jeszcze gorzej — wygrany przetarg), a w ostateczności noc na Powiślu. Upadek zapieczętował tani dezodorant w szufladzie.
Zaczynam sobie wmawiać, że własne 4 ściany w biurze, gdzie maluczcy dostają tylko stołek, biurko i monitor coś znaczy. Dobrze jest mieć miejsce, gdzie można bezkarnie kłaść lachę na wszystko i wszystkich. Dezajnerstwo można spławić mailem, art directora - szybko rzuconym „to jeszcze zróbcie wersję na niebiesko, żeby key account był szczęśliwy”, key accountów prostym „nie mamy budżetu na to”. Po zamknięciu dziwi nie słychać przekleństw. Szkoda, że ściany są szklane i co raz łapię spojrzenia, które jakby mogły zaciukałby mnie zszywaczem do papieru.
A kiedyś byłem taki miły. Dobrze zapowiadający się dezajner z papierkiem potwierdzającym umiejętność władania projektami. Po skończeniu marketingu i zarządzania zaczęły się promocje: trzy lata czekałem na senior dezajnera, potem trzy na key visual dezajnera, następne trzy art director. Creative directorem zostałem chyba tylko dlatego, że poprzedni nieszczęśnik na tym stołku nie mógł wytrzymać tempa. Nie dziwię się — rok po studiach w moim słowniku pojawiły się barwniejsze wiązanki, po dwóch następnych wątroba zaczęła dawać znaki ostrzegawcze, następne dwa lata grubość skóry zwiększyła mi się trzykrotnie, a tolerancja na promile i brak snu spokojnie pozwoliłaby mi wygrywać olimpijskie złoto, jeżeli byłaby dyscyplina związana z pracoholizmem. A mogłem odejść z resztą tych patałachów do jakiegoś butiku kreatywnego. Trzy osoby, osiem biurek i wnętrza walącego się strychu dumnie nazywane loftem. Może dalej byłbym miły.
Mój dom nie jest pusty. Mam wymagane społecznie 1,20 dziecka, robot kuchenny podpatrzony u Nigeli Lawson, w miarę przyzwoitą bryczkę ze znaczkiem RS w garażu. Estetyczność nienaganna, bo zamiast meblościanek i podobnych rupieci zainwestowałem w przesuwane szafy, podwieszany sufit i proporcjonalnie prostokątne stoliki, skórzane fotele i dywany. Na liczbę proporcjonalnie kwadratowych poduszek nie miałem wpływu.
Nie chcę się przyznać, ale nie jestem inny od reszty kołnierzyków. Nie drgnęła mi powieka, kiedy podczas szumnie nazwanej konferencji branżowej marketoid szumnie nazwany prelegentem wykładał prawdę objawioną: „pamiętaj że swoją kampanię kierujesz do najniższego wspólnego mianownika... no wiesz – idiotów”. Nie wzrusza mnie nawet to że zamiast stanąć w obronie kreatywnej strony mojego zawodu po cichu przyznałem mu rację. Gość, którego stać na kupienie auta klasy średniej, zamiast chwalenia jakości spotów w telewizji, postawi nowy nabytek na środku parkingu i nie będzie rozstawał się z dokupionym za chore pieniądze breloczkiem z logosem wygrawerowanym w sztucznym mahoniu. Tak na marginesie, ktoś kto wypuści koszulki z napisem „Mój własny a nie firmowy” dość szybko dorobi sobie drugą pensję. Szkoda tylko że w większości przypadków można by flamastrem dopisać „...niestety, ale na kredyt”.
Siedzę na tym balkonie od dobrych kilku lat i coraz częściej zastanawiam się, czy tylko ja mam wrażenie że czegoś tu brakuje. Nie chodzi tu o pracę z dzieciakami, które talentem przebiły mnie jeszcze wtedy kiedy moje zakola nie stykały się z czubkiem głowy, asystentkami, które spokojnie można by było dać na plan następnego Sin City czy copywriterami, potrafiącymi trzema słowami przebić całą twórczość Paulo Coelho.
Coś jest nie tak kiedy jedynym programem do tworzenia grafiki, jaki używam, jest Power Point a na wyżyny kreatywności wspinam się razem z księgową rozliczając projekt. Jedynym słowem, które choć trochę oddaje całą sytuację jest rozczarowanie. Miało być dobrze a jest tak, jak zwykle. Słyszałem, że branża gastronomiczna ma przyszłość, może, jak wreszcie to wszystko już rzucę, założę nową burgerownię.
