O autorze
Londyńczyk z wyboru, libertarianin z przekonań, kołnierzyk z przymusu. Na co dzień trybik machiny medialnej w stolicy finansistów, startuper zainteresowany wszystkim od fintech po wearables.
Od czasu do czasu reporter.

twitter / soundcloud / facebook / innpoland

Kac narodowy

fot: Radek Kołakowski (CC) 2.0 https://www.flickr.com/photos/radekkolakowski/
Ten poniedziałek był inny niż poprzednie. Zazwyczaj pamiątką po weekendzie był ból głowy i ubytki w portfelu. Tym razem został dziwny smak w ustach i zagubienie. Przez kilka godzin impreza zamieniła się w kondukt pogrzebowy. Gdzie wujkowie, nad otwartą trumną, obgadują zmarłego a ciotki siebie nawzajem. Poczucie uczestnictwa w stypie zostało do dziś.


Co gorsza, wróciło to samo uczucie, kiedy po raz pierwszy zauważyliśmy, że Bon Jovi na koncertach gra z playbacku.

Przez te kilka godzin, gdy chcesz coś powiedzieć, ale nie władasz już tą umiejętnością za dobrze, stały się rzeczy straszne - obdarto nas z ostatnich argumentów, którymi się okłamywaliśmy.

Przecież było tak pięknie. Zrobiliśmy co matka mówiła - pokończyliśmy szkoły. Ojciec kazali znaleźć prace i przedłużyć sławę nazwiska potomkiem. Spokojnie wyrabiamy średnią krajową a potomnica kończy właśnie przedszkole. Nawet po dwóch spotkaniach z tym miłym doradcą finansowym wzięliśmy kredyt, na to, co widzieliśmy na Wspólnej. Pan w krawacie, równo o dziewiętnastej, jawił fakty objawione - naród w pełni świetności omija wszelkie kryzysy i osiąga nowe szczeble rozwoju i pomyślności. Nawet można było kulturalnego doradcy prezydenta posłuchać. Co lepsze, ten nawet składnie tłumaczył, co jaśnie panujący mówi i robi. To wszystko runęło jak domek z kart przez jednego zamroczonego Gajowego.

Szum w głowie dalej jest nie do zniesienia. Ktoś uznał, że jesteśmy w takim stanie, iż można nam wmówić wszystko i podziękujemy. Tak oto lansowany jest nowy termin - prekariusze. Nie ma to jak zastąpienie łatki politycznej na społeczną. Może to i lepiej. Podobno w stadzie bezpieczniej. Ci bardziej wytrzymali na "efekt dnia poprzedniego” mówią prosto z mostu. Zamiast prekariatu zacznijmy używać odpowiedniego określenia… wyrolowani.

Co gorsza nikt nie wydaje się trzeźwy. Dawny wieszcz i orędownik wolności, zasłużony w bojach i pokoju, z nadmiaru wrażeń chyba, zamiast rozmawiać ujada. To jak zobaczyć swojego ulubionego wujka, gdy zalany w trzy dupy próbuje tłumaczyć babci, że mało trunków na stole.


Jeszcze podczas rzeczonego wieczoru mieliśmy przebłysk jasności. Bardzo podobny do tego, który ma się na chwilę przed wpadnięciem pod samochód. Wiemy czego chcemy. Nie chcemy dużo. Kogoś, kogo postawimy na świeczniku i będziemy mogli go własnoręcznie zdjąć. Bez pośredników, dworu i apanaży. Takiego któremu będzie można polać jak zrobi co obiecał i przylać kiedy nie.

Powoli kac przechodzi. Obraz jaki ukazuje się oczom jest o wiele gorszy niż przed imprezą. Perspektywy na następną nie zachęcają do uczestnictwa. Przecież będzie tak samo jak tym razem tylko gorzej. Stracimy znajomych, dosiądą się jacyś smętni panowie, którzy zaczną się kłócić kto wygrał wojnę i dlaczego to nie my.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...