
Przyznaję bez bicia – wierzyłem recenzentom płyt. Dziś wiem, że krytyk, któremu dziewczyna dała „kosza” jest groźniejszy dla twojej satysfakcji z muzyki niż szajka piratów somalijskich.
REKLAMA
Dawno, dawno temu, kiedy o muzyce pisało się jeszcze na papierze, a godzina surfowania po internecie w kafejce (pamiętacie coś takiego?) kosztowała jakieś 10 złotych, wraz z początkiem miesiąca biegłem do kiosku po dwa pachnące nowością magazyny – „XL” i „Machinę” (tę starą).
Kartkując gazetę od ostatniej strony, niecierpliwie szukałem działu recenzji, z którego dowiadywałem się o płytach genialnych i kompletnych niewypałach. W szczególności bawiły te drugie, bowiem recenzenci, zwłaszcza „Machiny” lubowali się w braniu na warsztat ot np. nowej płyty Britney Spears i pastwieniu się nad nią niemiłosiernie, przyznając jej na koniec jeden klucz na pięć możliwych czyli ocenę (1/5).
Lubiłem też skrajności w drugą stronę – arcydzieła. Dowiadując się, że płyty artysty tego i owego to dzieła bezapelacyjnie genialne, marzyłem o tym, że kiedyś będę miał okazję je przesłuchać, co z pewnością zwiększy moje IQ i elokwencję o jakieś 10 procent.
Recenzje burzyły nie raz mój cały świat. Gdy kupiłem za kieszonkowe kasetę magnetofonową jakiegoś artysty zaś niedługo potem dowiadywałem się, że recenzent gromił ją w gazecie niemiłosiernie, przeklinałem w myślach mój marny gust. Gdy zakupiona taśma kompletnie mi się nie podobała, zaś z gazety dowiadywałem się, że to „arcydzieło”, szybko zaczynałem z uporem dostrzegać w płycie pozytywne walory, których do tej pory nijak nie dostrzegałem.
Miałem wtedy 15 lat. Gdy trochę dojrzałem – szybko odkryłem rewelację, że owi pół-bogowie muzycznego olimpu zwani recenzentami to zwykli ludzie i mają słabości i problemy takie same jak my, śmiertelnicy-czytelnicy!
Szybko doszła wiedza, że:
1. Niewiarygodny pean na cześć podrzędnej szansonistki może być niczym więcej, jak „tekstem sponosorowanym” przez zapobiegliwego wydawcę.
2. Co mniej odporni na zdanie ogółu adepci krytyki nie skrytykują nowej płyty Animal Collective albo L.U.C, nawet gdy ta kompletnie im się nie podoba i nie rozumieją jej ni w ząb, gdyż nie daj Boże, zostaną uznani za laików.
3. Niektórzy spędzający piątkowe wieczory przed komputerem młodzieńcy z przyjemnością przejadą się po nowej płycie Radiohead tylko po to, aby ktoś wreszcie dowiedział się o ich istnieniu i zaprosił na piwo.
4. Dziennikarskie owce w jednorodnym stadzie nie docenią płyty ...hmm, dajmy na to Justina Biebera nawet gdyby, dosłownie napisał nową 9. Symfonię Bethovena i wykonał ją w wiedeńskiej operze. Bo to Bieber.
Przykłady można mnożyć i mnożyć. Zresztą i ranga recenzji w ostatnich latach znacznie spadła. Teraz liczą się lajki i share’y na Facebooku.
Reasumując, to nie jest tak, że nie lubię recenzentów. Znam wielu świetnych fachowców w tej profesji i ich teksty o płytach z wielką ciekawością czytuję. Wiem już jednak, że zanim spiszę jakąś płytę na straty, wolę wysłuchać jej osobiście. Bo ilu ludzi, tyle gustów, guścików i guściczków.
A znienawidzony artysta twojego recenzenta, może być po prostu ulubionym artystą dziewczyny, która dała mu ostatnio "kosza".
