
Profanacja! Hańba! będą krzyczeć zamknięci na wszystko co nowe, "znawcy" muzyki poważnej o takich koncertach, jak "Polish Icons" na festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie. Niech krzyczą.
REKLAMA
Goszcząc przed tygodniem na konferencji prasowej inaugurującej krakowski festiwal Sacrum Profanum zasłyszałem opinię pewnej starszej pani dziennikarki. Twierdziła ona stanowczo, że idea łączenia muzyki poważnej, która stanowi zawarte w nazwie festiwalu "sacrum" z twórczością artystów muzyki współczesnej ("profanum") jest haniebna, wręcz obrzydliwa.
Muzyka poważna nie może się bowiem mieszać z bezdusznym i beznamiętnym plumkaniem "jakichś didżejów".
Filip Berkowicz i pozostali organizatorzy festiwalu Sacrum Profanum na szczęście nie od dziś wiedzą, iż jedynie martwe ryby płyną z prądem, dlatego i w tym roku zaproponowali swojej publice wydarzenie wysokich lotów, nie tylko kulturalnych, ale i z pewnością kulturotwórczych.
W chłodny, wrześniowy wieczór 15 września 2012 roku, Hala Ocynowni Huty im. Sendzimira w krakowskiej Nowej Hucie zamieniła się w wielki martenowski piec, w którym rozgrzane do czerwoności kompozycje Pendereckiego, Góreckiego, Lutosławskiego i Kilara były wykuwane na nowo przez śmietankę wykonawców brytyjskiej wytwórni Ninja Tune.
Koncert podzielony był na cztery akty poświęcone twórczości czterech polskich mistrzów XX-wiecznej muzyki poważnej. Utwór z repertuaru owych twórców z polskiego Panteonu, wykonany był najpierw w wersji klasycznej przez muzyków Kronos Quartet. Następnie otrzymywał interpretację ze strony zaproszonych gości, a byli nimi: DJ Vadim (Penderecki), Grasscut (Górecki), King Cannibal (Lutosławski) oraz DJ Food (Kilar). Trzeci utwór poświęcony każdemu z kompozytorów wykonany był przez powracający do aktywnej działalności wrocławski duet Skalpel.
Koncert Polish Icons na fesitwalu Sacrum Profanum okazał się bardzo ważnym wydarzeniem dla polskiej muzyki, zaś jego społeczny rezonans powinien z czasem wręcz przybierać na sile.
Nieoficjalnie mówi się, że koncert zostanie wydany na płytach DVD oraz CD, zaś pierwszy od siedmiu lat studyjny album znanego także poza granicami Skalpela, będzie "ulepiony" własnie z fragmencików utworów Pendereckiego, Góreckiego, Lutosławskiego i Kilara.
Takie zderzenie zrobi dla sławy polskich kompozytorów w Polsce i na świecie o wiele więcej niż setki nudnych sympozjów muzykologicznych i "entych" tomów publikacji spoczywających na zakurzonych półkach bibliotek.
Symbolem fantastycznie otwartej wobec "nowego" postawy jest dobiegający osiemdziesiątki Profesor Penderecki. Goszczący osobiście na koncercie "Polish Icons" kompozytor, w ostatnich dwunastu miesiącach nagrał dystrubuowany na całym świecie album z muzykiem grupy Radiohead - Jonny'm Greenwoodem i wystąpił na trójmiejskim Open'erze obok takich artystów współczesnych jak Bjork, Justice czy The xx. Czy te eksperymenty z "plugawą młodzieżą" odebrały mu choć trochę geniuszu? Wręcz przeciwnie - aktualnie w dobrym guście wśród młodych jest wcisnąć przy facebookowym profilu polskiego mistrza przycisk - "Lubię to!".
Koncert "Polish Icons" sprawił, że ja, 28-latek, dla którego panowie Górecki i Kilar byli do niedawna poważnymi panami znanymi jedynie z notki w encyklopedii, od dwóch dni z wypiekami na twarzy zanurzam się w dźwiękach "3, 4 String Quartet No. 2 Op. 64 - Arioso Adagio" tego pierwszego i "Orawie" drugiego z wymienionych.
