Pojawienie się na polskim rynku serwisów streamingowych Spotify, Deezer i WiMP daje nam dziś niemal nieograniczony dostęp do muzyki z całego świata. Muzyczny egalitaryzm stał się praktycznie faktem. Czy zyskując tak wiele, istnieje coś, co po drodze utracimy?

REKLAMA
Pamiętam dobrze lata 90. - czasy nie tak znowu odległe, kiedy podstawą wiedzy o współczesnej kulturze były dla nas, ówczesnych nastolatków, kupowane w kiosku miesięczniki: "Brum", stara "Machina", hip-hopowy "Klan", czy "Film". Kartkując je i zapoznając się z recenzjami ambitnych płyt i filmów miało się świadomość, że większości z nich prędko nie uda nam się usłyszeć i zobaczyć. Bo niby gdzie i za co? Pozostawała wyobraźnia.
Z kieszonkowym w wysokości 50-100 złotych od rodziców, można było pójść do kina (nie było multipleksów, w mniejszych miejscowościach grano 1-3 tytuły na miesiąc - w większości komercyjne pewniaki). Po bardzo gruntownym przemyśleniu zakupu, można było kupić jedną płytę CD bądź dwie kasety magnetofonowe, które z miejsca stawały się niemal relikwiami. Odsłuchiwane aż do zdarcia materiału, przekazywane z rąk do rąk.Czasami ktoś przynosił do szkoły w plecaku magnetofon, podłacząjąc go do szkolnego gniazdka, wszyscy ochoczo gibali głowami w rytm muzyki w czasie przerwy...
Minęły prawie dwie dekady. Na miejscu dawnych sklepów muzycznych panoszą się dziś oddziały banków i apteki. W szkolnej szatni nikt nie puszcza dziś House Of Pain czy Slayera na cały regulator. Każdy ma swój prywatny mikrokosmos z białymi słuchawkami na uszach.
Wejście na polski rynek serwisów streamingowych Spotify, Deezera i WiMP sprawiło, że w pewnym sensie ziściły się moje marzenia sprzed kilkunastu lat, gdyż egalitarny dostęp do muzyki w zasadzie stał się faktem. Nic nie stoi na przeszkodzie, by 17-latek dajmy na to, z Chrzanowa, opłacając miesięczny abonament w cenie zestawu HappyMeal, był bardziej biegły w muzycznych nowościach od zasypanego płytami radiowca ze stolicy!
Ja mogę "odbić" sobie tamte lata, odtworzyć w pamięci tamte strony "Machiny" i "Brumu" i mieć styczność z muzyką, której brzmienie nierzadko jedynie sobie wyobrażałem.
Dziś muzyka stała się zadziwiająco dostępna. Zapewne już niebawem zjawiskiem masowym staną się wieże hi-fi z wbudowanym wi-fi (wieże wi-fi?), które sprawią że płyty staną się już tylko i wyłącznie fetyszem kolekcjonerskim.
Zazdroszczę dzisiejszym nastolatkom, gdyż na przysłowiowe pstryknięcie palca mogą odsłuchać sobie legalnie całą dyskografię Bowiego, Casha, Nine Inch Nails, Kazika, A Tribe Called Quest, Nirvany czy Massive Attack...
Jedyne, czego oni mogą zazdrościć nam, ludziom w wieku 25+ to fakt, że raczej nigdy nie odczują tego głodu wrażeń, który towarzyszył nam - fanom muzyki z poprzednich dekad, gdy widząc upragnioną płytę za szklaną witryną sklepu muzycznego, niemal słyszało się ją w uszach... w wyobraźni.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?