Jeśli w internecie powstałby ruch oburzonych przeciwko tandetnym treściom, musiałby nazywać się "ruchem nieklikających". Od razu powiedzmy - ten pomysł nie ma szans na realizację, gdyż najpierw zmianie musiałaby ulec rzecz od tysiącleci niezmienna - ludzka ciekawość.
REKLAMA
W analogowym świecie sprawa była prosta. Gdy wychodziła jakaś bezwartościowa książka czy płyta, po prostu nikt jej nie kupował. No, co najwyżej z kosza w supermarkecie, gdy cena została obniżona z 30 do 1 zł.
Dziś, kiedy ilość lajków na Facebooku i subskrybentów na YouTube jest w zasadzie nową walutą naszych czasów, sprawa nie jest już taka prosta.
Nieważne z jakich pobudek decydujesz się na drogocenny klik. On zawsze "waży" tyle samo - nie ważne czy oglądamy materiał wywołujący w nas fascynację czy salwy śmiechu. A że ludzie w swojej masie zawsze skłonni byli raczej nabijać się ze zdjęć bezzębnych aktorek, niźli czytać "Ulisessa" Joyce'a, to chyba nikomu nie muszę przypominać.
Internet inny nie będzie. Chyba że, na horyzoncie pojawi się jego własny Mahatma Gandhi, który powoła do życia "ruch nieklikających".
Tak jak duchowy przywódca Indii przekonywał, że najlepszą formą walki z brytyjskimi władzami kolonialnymi jest bierny opór, objawiający się m.in. kładzeniem się na ziemi w obliczu przemocy, tak "nieklikacze" na widok bezwartościowego linka, po prostu nie sprawdzaliby, co się za nim kryje nie nabijając statystyk.
Mrzonka prawda?
Tak mi się przypomniał Gandhi, gdy odnotowałem fakt, że młodszy brat popularnej polskiej piosenkarki próbujący swych sił jako raper zdobył w szybkim czasie większą ilość fanów na Facebooku niż jego znana od lat siostra.
Co z tego, że na oko, 80% internautów polubiło profil dla żartu lub z ciekawości. Najgorsze jest to, że on w tę popularność zdaje sie bezgranicznie wierzyć
Ostatnio w jednym ze swoich kawałków przyrównywał się już do Chopina,co telewizje bardzo szybko podchwyciły, zapraszając go do programów śniadaniowych.
