
Trent Reznor zdaje się być zmęczony szukaniem "złotego środka" w dystrybucji muzyki doby internetu. Lider Nine Inch Nails cieszy się z powrotu na łono dużej wytwórni płytowej, podkreśla fakt, że nowy album "Hestiation Marks" to kawał dobrej roboty, mówiąć słuchaczom wprost - płaćcie albo spadajcie.
REKLAMA
Spór o pieniężną wartość muzyki trwa. Cały muzyczny świat poszukuje najlepszych rozwiązań w dziedzinie dystrybucji albumów i piosenek, dyskutując, czy muzyka powinna zostać wyłącznie na płytach,niektórzy zaś dają się uwieść czarowi serwisów streamingowych, takich jak Spotify czy Deezer.
Jedni wierzą w fanów, którzy otrzymują gotową płytę od zespołu, płacąc za nią tyle ile chcą (patrz "In Rainbows" Radiohead), a jeszcze inni z kolei, próbują zmienić cały model dystrybucji muzyki - (patrz Jay Z i dystrybuowany bezpośrednio na tablety Samsung Galaxy krążek "Magna Carta... Holy Grail"). Jeszcze inni proszą o pomoc swoich fanów. Dzięki popularnym ostatnio serwisom crowdfundingowym typu Kickstarter, internauci mogą dosłownie - zrzucić się na wynajem studia i opłacenie wydania nowej płyty artysty. W podzięce, najwięksi donatorzy mogą liczyć na autografy, czy też podziękowania we wkładce płyty.
Inne światło na sprawę rzuca lider industrialowej formacji Nine Inch Nails - Trent Reznor.
Przed pięcioma laty, NIN udostępnili w sieci za darmo swój album zatytułowany "The Slip". Ruch Reznora był wówczas określany mianem pionierskiego - rzadko bowiem zdarza się, że zespół tej rangi co Nine Inch Nails oddaje efekt swojej wielomiesięcznej pracy za bezcen.
Wygląda na to, że model dystrybucji "The Slip" zawiódł Reznora. Najnowszy album NIN "Hesitation Marks" ukaże się nakładem dużej wytwórni Columbia, a w niedawnym wywiadzie udzielonym magazynowi muzycznemu "Spin", laureat Oscara za muzykę z filmu "The Social Network" mówi wprost: "Płać albo płacz".
"Nine Inch Nails wydaje się większe niż kiedykolwiek. Czy to dlatego, że wydajemy w Columbii?" (...) To świetne uczucie nie martwić się, czy wysłaliśmy płytę winylową do odlotowego sklepu muzycznego w Pradze. Wiem, że to, co robimy jest w opozycji do całej rewolucji crowdfundingu w stylu Amandy Palmer, ale nie pasuje mi idea bycia Ziggym Stardustem zbierającym drobne do kubka. Nie mówię, że dawanie rzeczy za darmo, albo według metody »płać ile chcesz« jest złe. Czuję po prostu, że nie powinienem oddawać mojego albumu za dziesięciocentówkę. Nie za dolara. Stworzyłem go najlepiej, jak mogłem. Płać za niego 10 dolarów albo spier*****".
"Nine Inch Nails wydaje się większe niż kiedykolwiek. Czy to dlatego, że wydajemy w Columbii?" (...) To świetne uczucie nie martwić się, czy wysłaliśmy płytę winylową do odlotowego sklepu muzycznego w Pradze. Wiem, że to, co robimy jest w opozycji do całej rewolucji crowdfundingu w stylu Amandy Palmer, ale nie pasuje mi idea bycia Ziggym Stardustem zbierającym drobne do kubka. Nie mówię, że dawanie rzeczy za darmo, albo według metody »płać ile chcesz« jest złe. Czuję po prostu, że nie powinienem oddawać mojego albumu za dziesięciocentówkę. Nie za dolara. Stworzyłem go najlepiej, jak mogłem. Płać za niego 10 dolarów albo spier*****".
Pewną niekonsekwencję wobec słów Reznora stanowi fakt, że na tydzień przed premierą, płyta "Hesitation Marks" została udostępniona do darmowego, przedpremierowego odsłuchu w serwisie iTunes oraz na stronach internetowych brytyjskiego dziennika "The Guardian".
Czy muzyczna internetowa rewolucja, może obrać wsteczny kierunek? Przed miesiącem, Brytyjczycy z Radiohead, również uznawani za pionierów nowych rozwiązań w dystrybucji muzyki, poskarżyli się na szwedzkiego giganta wśród serwisów streamingowych - Spotify, że płaci artystom "głodowe stawki".
Album "Hestitation Marks" Nine Inch Nails trafi na półki sklepowe już 3 września.
