Do tej pory na naszych ekranach pojawiły się trzy z dziewięciu nominowanych filmów: „Kapitan Phillips”, „Grawitacja” i „Wilk z Wall Street”. Deliberowanie, który film zostanie nagrodzony w której kategorii, w sytuacji, kiedy większość premier jest jeszcze przed nami (tu brawa dla dystrybutora filmu „Witaj w klubie”, który na naszych ekranach zagości niemal dwa tygodnie po ceremonii), tylko pozornie nie ma większego sensu. Kiedy jednak spojrzymy na historię Nagród Akademii, szybko spostrzeżemy, że chodzi w nich o wiele, ale akurat nie o nagrodzenie najlepszego artysty.

REKLAMA
Każdy kinoman pamięta takie filmy, jak „Sokół maltański” czy „Obywatel Kane”. A czy ktoś pamięta film Johna Forda „Zielona dolina”? Jaka dolina? John Ford to „Dyliżans”, „Poszukiwacze”, dziarscy kawalerzyści i John Wayne! A to właśnie ten film w 1941 roku wygrał z wiekopomnym dziełem Orsona Wellsa i znakomitym debiutem reżyserskim Johna Hustona. A czy ktokolwiek z Państwa kojarzy film Cecila B. DeMille’a „Największe widowisko świata”? Powszechnie uznany za jeden z najgorszych „najlepszych filmów”, w 1952 roku pokonał dwa arcydzieła: „W samo południe” i „Deszczową piosenkę” (która zdobyła tylko dwie nominacje).
O nagrodach nie decyduje poziom artystyczny. Film, który dostaje nominację do Oscara dla najlepszego filmu, nie schodzi poniżej pewnego pułapu (zazwyczaj – wspomniany film DeMille’a czy „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Stephena Daldry’ego są tutaj niechlubnymi wyjątkami).
Co zatem decyduje? Układy, promocja, sprawność działów PR wielkich wytwórni, wpływy związków i stowarzyszeń zawodowych, klimat społeczny, czasami również dość osobliwie pojmowane poczucie sprawiedliwości.
Właśnie trafiła nam się dobra okazja do rozważań o wpływie związków zawodowych na nagrody Akademii, ponieważ jesteśmy po rozdaniach najważniejszych organizacji, w tym SAG (Screen Actors Guild, czyli związek zawodowy aktorów). Nagrody zdobyli Matthew McConaughey za „Witaj w klubie” i Cate Blanchett za „Blue Jasmine” (role pierwszoplanowe) oraz Jared Leto za „Witaj w klubie” i Lupita Nyong’o za „Zniewolonego (role drugoplanowe). Nagrodę dla wszystkich członków obsady dostał „Amerykański przekręt”.
Nagrody SAG mają krótki staż, pierwsza edycja objęła filmy powstałe w 1994 roku. Przed dwadzieścia edycji tej nagrody werdykty związku mniej lub bardziej pokrywały się z nagrodami Akademii. Najczęściej zdarzało się, że troje z czworga zdobywców SAG Award pokrywało się z trojgiem zdobywców Oscara, a w latach 1997, 2004, 2009 i 2010 statuetki zdobyli ci sami, którzy zostali wyróżnieni przez związek aktorów.
Przyjrzyjmy się tegorocznym zwycięzcom. O McConaugheyu pisać nie będę, zasługuje on bowiem na osobną notkę.
Zwycięstwo Cate Blanchett trochę mnie boli. Jest to znakomita aktorka, ale w filmie Woody’ego Allena zagrała tak przerażająco tępą dzidę (Amerykanka przed czterdziestką, z wyższych sfer, z przerwanymi studiami wyższymi, która w XXI wieku nie potrafi korzystać z Internetu, więc zapisuje się na kurs komputerowy – litości!), że zniszczyło mi to cały odbiór tego w sumie dobrego i smutnego filmu. Amerykańskich krytyków głupota bohaterki „Blue Jasmine” nie poruszyła, więc mogli docenić aktorstwo Blanchett. Aktorka zgarnęła niemal wszystkie nagrody liczących się stowarzyszeń krytyków filmowych, a także Złotego Globa dla najlepszej aktorki dramatycznej. Wszystko wskazuje na to, że zwieńczeniem tego tryumfalnego pochodu będzie statuetka Oscara, zdobyta kosztem chociażby Amy Adams, która (mimo Złotego Globa dla aktorki dramatycznej - błąd, chodzi oczywiście o rolę komediową) najprawdopodobniej po raz piąty w swej karierze obejdzie się smakiem.
W kategorii aktora drugoplanowego Jared Leto wydaje się murowanym zwycięzcą. Spośród wszystkich nominowanych do Oscara zdobył za swoją rolę jakiekolwiek nagrody, w tym, podobnie jak Blanchett, najważniejsze nagrody krytyków. Otrzymał Złotego Globa i SAG, a nagrody te z reguły się pokrywają z Oscarami.
Odrobinę emocji może nam zapewnić Lupita Nyong’o, kenijska aktorka i reżyserka, szerzej w świecie nieznana. Podobnie jak Leto, dostała za swoją rolę nagrody czołowych stowarzyszeń krytyków, jednak Złotego Globa sprzątnęła jej Jennifer Lawrence, pierwsza od wielu lat „american sweetheart”.
Czy tegoroczna edycja nagród gildii aktorów powtórzy przypadek sprzed trzech lat, kiedy czwórka zwycięzców zgarnęła później Oscary?
Z całej czwórki najbardziej jestem pewien Jareda Leto. Cate Blanchett również ma dość mocną pozycję. Lupita Nyong’o zagrożona jest przede wszystkim przez Jennifer Lawrence, a jej zwycięstwo wydaje się ściśle powiązane z tym, czy „Zniewolony” dostanie Oscara dla najlepszego filmu.
A o McConaugheyu napiszę w oddzielnym tekście, inaczej ja nigdy tej notki nie skończę, a Szanowny Czytelnik rzuci tego bloga w cholerę.
Na koniec drobna uwaga metodologiczna – pisząc o wcześniejszych ceremoniach podaję lata produkcji filmów, a nie rok ceremonii. Np. „W samo południe” powstało w 1952 roku, zaś ceremonia odbyła się w roku 1953.
Marcin Gryglik