O autorze
Łomżanin, absolwent dziennikarstwa, szeregowy pracownik mediów elektronicznych, niespełniony pisarz, miłośnik piwa i amerykańskiego kina.

Radość z nawrócenia

W Niebie z nawróconego grzesznika jest większa radość niż ze świętego. To pocieszające, w końcu wszyscy jesteśmy grzesznikami. A nielicznym świętym, którzy są wśród nas, towarzystwo nawróconych grzeszników przeszkadzać nie będzie. W końcu to Niebo. Żadnych trosk, żadnych zmartwień, sama radość z obcowania z Absolutem. Gorzej, kiedy zasadę „radości z nawrócenia” stosują instytucje jak najbardziej ziemskie. W warunkach ziemskich często jest to bowiem zakamuflowana niesprawiedliwość.


Obiegowa mądrość głosi, że wystarczy, jeżeli aktor, który całe życie grał w błahych komedyjkach, zagra raz poważną rolę w jakimś dramacie - Oscar murowany. Jeśli przyjrzymy się liście dotychczasowych zdobywców statuetki, zobaczymy, że ta obiegowa mądrość ma wiele wspólnego z prawdą.


Rok 1974. Wśród nominowanych w kategorii „Najlepsza Pierwszoplanowa Rola Męska” są Albert Finney za „Morderstwo w Orient Expressie”, Dustin Hoffman za „Lenny’ego”, Jack Nicholson za „Chinatown” i Al Pacino za „Ojca chrzestnego 2”. A do kogo wędruje statuetka? Do grającego główną rolę w filmie „Harry i Tonto” Arta Carneya. Ten zapomniany już dzisiaj aktor spędził większość swej kariery głównie w telewizji. Grywał w serialach, filmach, a przede wszystkim występował w programach komediowych. W 1974 roku miał za sobą nie więcej niż pięć filmów kinowych, same komedie (trzymające poziom, ale dzisiaj już kompletnie zapomniane). Na oscarowej gali miał przeciw sobie doświadczonych, utalentowanych i pracowitych aktorów młodego pokolenia. Wygrał. Akademia doceniła starego telewizyjnego wyjadacza za występ w słodko-gorzkim filmie Paula Mazursky’ego.


Art Carney nie jest tu idealnym przykładem, zwłaszcza że w tym samym roku zdobył Złoty Glob dla najlepszego aktora w musicalu lub komedii (choć rola zdecydowanie nie jest komediowa). O wiele lepszym przykładem jest Tom Hanks.

Hanks jest archetypicznym wręcz przykładem aktora, który został doceniony za przeskok z komedii do dramatu. Spójrzmy na jego wcześniejszą filmografię. Same komedie, jedne dobre, inne takie, że być przyłapanym na ich oglądaniu to większy wstyd niż bycie zdemaskowanym jako miłośnik noszenia damskiej bielizny. Hanks jest wystarczająco dobrym aktorem, by w 1988 roku zdobyć nominację do Oscara za „Dużego”. Akademicy nie lubią jednak nagradzać ról komediowych, zawsze są one traktowane po macoszemu.


Ale oto nadchodzi rok 1993. Tom Hanks gra chorego na AIDS prawnika homoseksualistę w swoim pierwszym dramacie, „Filadelfii”. Konkurują z nim Liam Neeson za „Listę Schndlera”, Anthony Hopkins za „Okruchy dnia”, Laurence Fishburne za „Tinę” i Daniel Day-Lewis za „W imię ojca” – czyli zazwyczaj aktorzy, którzy w pocie czoła budowali swoją reputację grając wymagające role u największych reżyserów. Zwycięża Hanks, którego dotychczasowa kariera to komedie i komedyjki.

My tymczasem jesteśmy przed rozdaniem Oscarów za rok 2013. O statuetkę dla najlepszego aktora w roli pierwszoplanowej walczą filmowy weteran Bruce Dern (77 lat, pierwsza nominacja po 35 latach) za „Nebraskę”, Christian Bale za „American Hustle”, Chiwetel Ejiofor za „Zniewolonego”, Leonardo DiCaprio za „Wilka z Wall Street” i Matthew McConaughey za „Witaj w klubie”. Największymi faworytami są dwaj ostatni, zdobywcy Złotych Globów, i to na nich się skupimy.

Kiedy rozmawiam ze znajomymi o DiCaprio, często słyszę: „Ostatnio gra w dobrych filmach”. Jeśli „ostatnio” obejmuje okres ostatnich dwudziestu lat – pełna zgoda. Spójrzmy na filmografię DiCaprio. Są tam filmy wybitne, są filmy średnie, ale słabsze można policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze trochę nam tych palców zostanie. Na wyżyny swego aktorskiego kunsztu DiCaprio wspiął się współpracując z Martinem Scorsese, ale filmy, w których grał wcześniej, wcale nie były kiepskie. To raczej my, widzowie, ulegliśmy stereotypowi (tym razem nieprawdziwemu), że jeżeli facet jest ładny i kochają się w nim nastolatki, to musi być kiepskim aktorem.

Rywal DiCaprio, Matthew McConaughey, miał bardzo dobry aktorski start. Po latach grania ról epizodycznych czy drugoplanowych zagrał w „Czasie zabijania” główną rolę prawnika broniącego Murzyna, który zabił białych gwałcicieli swojej córki. Rolę tę niemal powtórzył w „Amistad” Stevena Spielberga – tu z kolei bronił przed sądem czarnoskórych niewolników oskarżonych o wszczęcie buntu na statku. Szybko jednak zjechał do poziomu filmów, które nie odznaczały się ani poziomem artystycznym, ani oglądalnością. Pierwsza dekada obecnego stulecia jest dla McConaugheya czasem straconym. Między 2001 a 2011 rokiem tylko dwa filmy, w których zagrał, zarobiły 100 milionów dolarów lub więcej – trochę słabo, jak na gwiazdę. Pod względem artystycznym jedynym jasnym punktem z tego okresu jest drugoplanowa rola w „Jajach w tropikach”.

W roku 2011 coś zaczęło się zmieniać. Nie wiem, czy to zmiana agenta czy może efekt stabilizacji w życiu osobistym. Faktem jest, że McConaughey zaczął być doceniany. Najpierw posypały się nominacje i nagrody od stowarzyszeń krytyków za role w filmach „Bernie”, „Killer Joe” i „Magic Mike”. Po rolach w „Pokusie” i – przede wszystkim – „Uciekinierze” zaczęto patrzeć na McConaugheya jak na poważnego kandydata do nagrody Akademii. Kandydatem został po „Witaj w klubie” i wszystko wskazuje na to, że na samym kandydowaniu się nie skończy.

A zatem z jednej strony mamy Leonarda DiCaprio i dwadzieścia lat filmów, z których większość trzyma porządny poziom. Z drugiej jest Matthew McConaughey, który po latach grania w filmach nikogo nie obchodzących, nagle postanowił pokazać, że umie grać. Z jednej strony mamy człowieka, który zawsze był wierny raz obranej drodze ku „świętości”. Z drugiej mamy grzesznika, który przez wiele lat z rozkoszą nurzał się w występku, aż nagle doznał łaski nawrócenia i teraz każdą swoją rolą krzyczy: „Patrzcie na mnie, nie jestem takim złym aktorem, jak myśleliście”.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Akademia znów ucieszy się z nawrócenia kolejnego „grzesznika” i nagrodzi McConaugheya. A DiCaprio? Cóż, skoro postanowił kroczyć ścieżką „świętości”, to niech pamięta, że jedną z najważniejszych cnót jest cierpliwość.

A przed nami kolejny rok memów z DiCaprio, który nie dostał Oscara.