Pisałem, że istnieje niewypowiedziane wprost oczekiwanie, by Akademia nagrodziła jakiegoś czarnoskórego reżysera (w tym przypadku Steve’a McQueena). Cóż, wygląda na to, że to oczekiwanie właśnie zostało wygłoszone. Za pomocą aluzji, ale jednak.
REKLAMA
W zeszłym tygodniu odbył się lunch wszystkich nominowanych w tym roku do Oscara, podczas którego nominowanym zrobiono kilka pamiątkowych fotek. Później prawdopodobnie dwóch znudzonych dziennikarzy, oglądając fotografie, postanowiło zagrać w „znajdź na zdjęciu Murzyna” i ten, który przegrywał, zdenerwował się i zapytał: „dlaczego na tych zdjęciach jest tak mało czarnych?”.
A poważnie, to może faktycznie jakiś strażnik politycznej poprawności podniósł raban, a może była to wrzutka autorstwa ludzi odpowiedzialnych za promocję „Zniewolonego”. Czemu nie? W końcu w obecnym sezonie nagrodowym wszystkie laury za reżyserię, w tym najważniejszą, nagrodę Gildii Reżyserów, otrzymywał Alfonso Cuaron. Jest bardzo prawdopodobne, że to on dostanie Oscara za reżyserię, trzeba więc jakoś osłabić jego szanse, a wywarcie presji, że „żaden Murzyn nie dostał Oscara za reżyserię” jest sposobem dobrym jak każdy inny. Może oczywiście budzić opory natury moralnej, ale przecież tonący brzydko się chwyta.
Jednak czy taki sposób będzie skuteczny? Patrząc na listę dotychczasowych laureatów reżyserskiego Oscara można dojść do wniosku, że akademicy nie muszą mieć na tle rasowo-poprawnościowym (czy jakimkolwiek-poprawnościowym) żadnych kompleksów.
Zacznijmy od narodowości. Hollywood stworzyli Żydzi, oczywiste więc jest, że wśród nagrodzonych reżyserów znajdzie się kilku twórców żydowskiego pochodzenia (chociażby Billy Wilder, Woody Allen i Steven Spielberg). Nie jest ich wielu, bowiem Żydzi woleli być producentami i scenarzystami niż reżyserami. Wśród reżyserów nagrodzonych Oscarem znajdują się artyści o korzeniach włoskich (Francis Ford Coppola, Bernardo Bertolucci), irlandzkich (John Ford, czterokrotny zwycięzca w tej kategorii), turecko-greckich (Elia Kazan), austriackich (Fred Zinnemann) czy czeskich (Milos Forman). Zaś odkąd Oscara za reżyserię zdobył Ang Lee, można nie uznawać reżyserskiego Oscara za nagrodę „białą”.
Reżyseria była od początku filmu męskim zajęciem (w początkach kina za kobiece uznawano montaż i scenopisarstwo), nic zatem dziwnego, że wśród zdobywców Oscara za reżyserię jest więcej homo- czy biseksualistów niż kobiet. Co ciekawe, wszyscy reżyserzy, którzy nie byli heteroseksualni, swoje nagrody dostali w latach 60. Byli to Jerome Robbins za „West Side Story” (podzielił nagrodę z Robertem Wise’em), Tony Richardson za „Toma Jonesa”, George Cukor za „My Fair Lady”, który przez długi czas był najstarszym reżyserem nagrodzonym Oscarem (nagroda ta nosi znamiona „honorowej”, tj. ratującej honor Akademii) oraz John Schlesinger za „Nocnego kowboja”.
Amerykański przemysł filmowy zaczął doceniać kobiety na kierowniczych stanowiskach dopiero w latach 70, chociaż pierwsza znana hollywoodzka kobieta reżyser, Ida Lupino, zaczęła tworzyć w latach 50. Wcześniej niż reżyserki, zaczęto doceniać producentki – w 1973 roku nagrodzono Julię Phillips za „Żądło”. W 1976 roku nominowano za reżyserię pierwszą kobietę – Linę Wermueller. Następna, Jane Campion, była nominowana siedemnaście lat później. Najbliżej Oscara za reżyserię była następna kandydatka, Sofia Coppola, trafiła jednak na twardego przeciwnika –„Władcę Pierścieni. Powrót króla”, w którym Akademia nagrodziła cała trylogię Petera Jacksona.
Pierwszą kobietą, która dostała Oscara za reżyserię, była Kathryn Bigelow za „W pułapce wojny”. Była to sytuacja trochę jak ze starej komedii romantycznej, bowiem głównym jej przeciwnikiem był eks-mąż Bigelow, James Cameron ze swoim „Avatarem”. Akademicy woleli jednak skromne żołnierskie kino od trójwymiarowej bajki za 300 milionów dolarów i puszczoną kantem żonę od wiarołomnego męża o rozdętym ego.
Przypominanie Akademii, że w tym roku wśród nominowanych reżyserów znajduje się Murzyn, niekoniecznie może Steve’owi McQueenowi pomóc (chociaż na pewno nie zaszkodzi). Zwłaszcza, że jego głównym rywalem jest Alfonso Cuaron, Meksykanin, a więc przedstawiciel jednej z największych (o ile nie największej) mniejszości narodowej w USA, co nie jest bez znaczenia.
Ciężko jednak powiedzieć, by przy nagradzaniu reżyserów akademicy kierowali się polityczną poprawnością. Gdyby tak było, to w 2009 roku Oscara za reżyserię dostałoby „Hej, skarbie” i Lee Daniels, który jest nie tylko Murzynem, ale i homoseksualistą wychowującym dwoje dzieci z małżeństwa z ich biologiczną matką.
