Przebieg najbliższego rozdania Oscarów można z grubsza przewidzieć kierując się poprzednimi werdyktami Akademii oraz nagrodami przyznanymi przez stowarzyszenia krytyków i branżowe. Czy w takim razie w nocy z 2 na 3 marca nie zdarzą się żadne niespodzianki?

REKLAMA
Mogą się zdarzyć, w końcu Akademia już nieraz zaskakiwała różnych domorosłych ekspertów grzebiących w historii i śledzących amerykański sezon nagrodowy. Co może wydarzyć się teraz?
Rywalizacja o statuetkę dla najlepszego filmu toczy się między „Zniewolonym” i „Grawitacją”. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. W edycji Oscarów za rok 2013 tym trzecim mógłby być„American Hustle” Davida O. Russella. Film ten zdobył parę znaczących nagród: Złote Globy dla najlepszej komedii, najlepszej aktorki komediowej (Amy Adams) i najlepszej aktorki drugoplanowej (Jennifer Lawrence), nagrodę BAFTA za najlepszy scenariusz oraz nagrodę związku aktorów dla najlepszej obsady. Dwie ostatnie nagrody wydają się szczególnie ważne. W dwudziestoletniej historii nagród SAG dziesięć razy zdarzało się, że film, który dostał nagrodę dla najlepszej obsady, dostawał Oscara dla najlepszego filmu. Również nagroda Brytyjczyków za scenariusz podnosi szanse tego filmu – wielu członków amerykańskiej Akademii jest również członkami Akademii brytyjskiej. Gdyby amerykańskim akademikom przypadł do gustu film Russella, to na jakie nagrody, oprócz filmu, mógłby liczyć? Na pewno nie na Oscara za reżyserię – tutaj jedynym pretendentem tak naprawdę jest Alfonso Cuaron. Ale statuetki za scenariusz, dla Jennifer Lawrence i za kostiumy? Dlaczego nie.
Sukcesy „American Hustle” sprawiłyby, że Oscara za scenariusz nie dostałby Spike Jonze za film „Ona”. To dopiero byłaby niespodzianka, jako że film ten skosił wszystkie najważniejsze nagrody scenariuszowe, zarówno branżowe, jak i krytyków.
Skoro wspomniałem już o nagrodach BAFTA – nagrodę dla najlepszego aktora dostał Chiwetel Ejiofor za „Zniewolonego”. To znacząco podnosi jego szanse i ustawia gdzieś tak pomiędzy faworytem Matthew McConaugheyem a hołubionym przez szerokie masy Leonardem DiCaprio. Podnosi to również szanse samego filmu, mocno nadwątlone przez nachalną kampanię producenta pod hasłem „Już czas…”.
Wielką niespodzianką dla mnie osobiście byłyby Oscary dla Thomasa Newmana za muzykę do „Ratując pana Banksa” i Rogera Deakinsa za zdjęcia do „Labiryntu”. Thomas Newman pochodzi z rodu uznanych muzyków. Jego ojciec, Alfred Newman, był 45 razy nominowany do Oscara i 9 razy skończyło się to zwycięstwem. Thomas Newman był do tej pory 12 razy nominowany do Oscara, jednak zawsze był druhną, nigdy panną młodą, jak by to ujął Hitchcock. Podobnie rzecz ma się z Deakinsem, znakomitym operatorem, niemal stałym współpracownikiem braci Coen – ten z kolei nominowany był 11 razy. Niemal pewne jednak jest, że obaj ci filmowy wyjadacze i w tym roku obejdą się smakiem, bowiem faworytami w kategoriach zdjęć i muzyki są Emmanuel Lubezki i Steven Price, operator i kompozytor „Grawitacji”.
Jeżeli jednak na najbliższym rozdaniu Oscarów zdarzą się jakieś prawdziwe niespodzianki, to będą to te, o których tutaj nie napisałem.