
Zanim o najnowszym wydawnictwie Emily, czyli Esperanzy Spalding, niewielka, ale ważna dygresja. Kiedy dowiedziałem się o śmierci Prince'a, to przypomniał mi się film o Dannym Collinsie, którego nieźle wykreował Al Pacino. Książę miał większy dorobek niż filmowy bohater, ale niewątpliwie łączyło ich jedno – byli skazani na jeden, wielki przebój.
REKLAMA
"See Emily Play"
Literalnie skazani. Mówisz Prince, myślisz „Purple Rain”. W ciągu ostatnich tygodni miałem okazję słuchać na żywo koncertów wielu znaczących artystów, z różnych światów muzycznych, a byli to m.in. Nik Bartsch Ronin, Urszula Dudziak, Al Di Meola, Tomasz Stańko, Leszek Możdżer i Mikołaj Trzaska. Jednak żaden z nich jakoś specjalnie nie rozwodził się nad tym odejściem podczas koncertu, a w zasadzie nie usłyszałem od nich ani jednego słowa na ten temat.
Tymczasem czytam sobie w jednym z bardziej poczytnych tygodników: „To nie jest dobry rok. Kiedy się zaczynał, świat opłakiwał jeszcze Lemmy'ego Kilmistera, jednego z ostatnich wielkich dzikusów rocka. Wkrótce potem zmarł David Bowie – ostatni rockowy intelektualista, prawdziwy kosmita i muzyczny wizjoner. Prince to podobny kaliber. Choć był z innego świata, miał równie wielki wpływ na wszystko, co stało się w muzyce w ostatnich 30 latach. Może nawet większy, bo Bowie był elitarny i biały, a muzyka pop, właśnie od czasów Prince'a i Michaela Jacksona, jest czarna. Co kilka lat w muzyce zaczyna obowiązywać nowa moda, której źródeł można szukać na którymś albumie Prince'a” („Książę i rewolucje”, Dawid Karpiuk, Newsweek nr 18/2016).
Zostało jeszcze przynajmniej kilkudziesięciu rockowych dzikusów na tym świecie, z grubsza wspominając o Ozzy'm, Iggy'm, Micku, Jimmy'm, Ianie, Robercie, Nuno czy Dave'ie. Nazwiska dodadzą się w Google same :). David Bowie, którego ogromnie szanuję i podziwiam, na pewno nie był ostatnim rockowym intelektualistą, bo także mamy ich jeszcze wielu na Ziemi, ze znaczącym dorobkiem intelektualnym. Dla odmiany wymienię ich po nazwisku: Fripp, Gilmour, Gabriel, Waters, Czukay czy Wakeman. To może i jeszcze ujdzie, kwantyfikatory ogólne da się jakoś usprawiedliwić. Jednak pisanie, że Prince to ten sam kaliber, a może nawet większy niż Bowie dowodzi – delikatnie mówiąc - o zbyt lekkomyślnym pokazie nieznajomości militariów. Jeżeli, idąc tym tropem, Bowie był w historii muzyki popularnej jak Magnum kaliber 44, to Prince był przy nim miniaturowym, przesadnie inkrustowanym pistoletem, w lukrowanej kaburze, dobrze leżącym głównie w damskich dłoniach. Koniec i kropka. A w zasadzie jeszcze jedno – jeżeli twórczość i związany z nią sukces ma głównie leczyć kompleksy autora, to efekt będzie siłą rzeczy słaby artystycznie.
Powyższa, może i przydługa, ale konieczna dygresja, będzie nie bez znaczenia w wiodącym temacie tego wpisu, czyli recenzji nowej płyty Esperanzy Spalding. Ta wybitnie uzdolniona oraz wielokrotnie nagradzana basistka i wokalistka wydała właśnie piąty studyjny album pt. „Emily's D+Evolution”, najbardziej rockową z jej płyt. Materiał jest mniej przebojowy niż poprzedni z „Radio Music Society”, ale za to bardziej wciągający, zróżnicowany oraz niezwykle dopracowany w warstwach instrumentalnej i wokalnej. Esperanza tradycyjnie nie idzie na żadne ustępstwa w zakresie formy, urozmaica każdy utwór w wyszukany i niebanalny sposób, najczęściej wokalnie. Nie robi jednak niczego na siłę i doskonale waży proporcje. Zaskakuje pomysłowością jak niegdyś Bjork. Obydwie przypominają takie muzyczne elfy, które spełniają muzyczne życzenia. Nuda wam nie grozi!
Zawsze zastanawiało mnie, jak można w krótkim czasie po ukazaniu się płyty zrecenzować ją w wiarygodny sposób. Wiem, że koncerny fonograficzne tylko na to liczą. Ale muzyka potrzebuje czasu i wrażliwości żeby być wchłonięta, zrozumiana, a na samym końcu oceniona. Na pewno ambitna muzyka. Tak naprawdę dopiero po wielu przesłuchaniach albumu, często kilkudziesięciu, jestem w stanie w odpowiedzialny sposób go polecić lub nie. Nową płytę Esperanzy zdecydowanie zalecam, zwłaszcza osobom, które doszukują się wpływów wielkich artystów w aktualnie tworzonej muzyce. Basistka gra, śpiewa i aranżuje jak najbardziej po swojemu, jednak w wielu utworach pobrzmiewają echa twórczości wybitnych twórców R&B, m.in. Stevie'go Wondera. Twórca „Innervisions” jeszcze żyje, więc nie został wymieniony w cytowanym wyżej artykule. A powinien być w nim ujęty, skoro tak wiele jest tam o czarnej muzyce i jej wpływach. Tak gdzieś w samym środku, pomiędzy Ray'em Charlesem, Jamesem Brownem a Michaelem Jacksonem. Cholera, Prince nadal ma za mały kaliber.
Wracając do Emily, czyli alter ego Esperanzy, oprócz muzyki warto zwrócić uwagę na warstwę słowną. Już same tytuły piosenek brzmią dosyć intrygująco, np.”Rest in Pleasure”, „Good Lava” czy mój ulubiony „Funk the Fear” :)
A na sam koniec jeszcze słowo o Davidzie Bowie'm, a w zasadzie o Tonym Visconti'm, który był producentem najważniejszych płyt twórcy „Low”. Tak się składa, że jest on odpowiedzialny za produkcję ostatniej płyty Esperanzy, czyli Emily ;)
PS
Zachęcam do lektury poprzednich wpisów w moim blogu „Trzy akordy na dwie ręce”, jaki prowadziłem do tej pory na FB.
Zachęcam do lektury poprzednich wpisów w moim blogu „Trzy akordy na dwie ręce”, jaki prowadziłem do tej pory na FB.
