
W tym roku skończyłby 90 lat. Niestety nie ma go z nami blisko ćwierć wieku – dokładnie 28 września br. minie 25 lat, kiedy odszedł. Dwie ważne cezury w muzyce i bardzo refleksyjne rocznice.
REKLAMA
Podwójnie ważna rocznica
Trudno wyobrazić sobie historię współczesnego jazzu bez jego twórczości, a zwłaszcza dokonania dzisiejszej muzyki, nie tylko jazzowej. Bez autora „Round About Midnight” i „Bitches Brew” muzyka na pewno byłaby to inna, znacząco uboższa. Pozostawił wiele kamieni milowych, jakich w takiej ilości nie stworzył żaden inny jazzman. Dzięki niemu świat poznał wielkich mistrzów, gdyż karierę w jego formacjach rozkręcali m.in. Herbie Hancock, Wayne Shorter, Tony Williams, Chick Corea, John McLaughlin, Dave Holland, Joe Zawinul, Marcus Miller. Każdy z nich jest dzisiaj klasykiem jazzu i jednym z czołowych kreatorów w ramach swojego instrumentu. Czy ich twórczość byłaby tak znacząca, gdyby nie ich najważniejszy mentor? Pewnie nie.
Trudno wyobrazić sobie historię współczesnego jazzu bez jego twórczości, a zwłaszcza dokonania dzisiejszej muzyki, nie tylko jazzowej. Bez autora „Round About Midnight” i „Bitches Brew” muzyka na pewno byłaby to inna, znacząco uboższa. Pozostawił wiele kamieni milowych, jakich w takiej ilości nie stworzył żaden inny jazzman. Dzięki niemu świat poznał wielkich mistrzów, gdyż karierę w jego formacjach rozkręcali m.in. Herbie Hancock, Wayne Shorter, Tony Williams, Chick Corea, John McLaughlin, Dave Holland, Joe Zawinul, Marcus Miller. Każdy z nich jest dzisiaj klasykiem jazzu i jednym z czołowych kreatorów w ramach swojego instrumentu. Czy ich twórczość byłaby tak znacząca, gdyby nie ich najważniejszy mentor? Pewnie nie.
Słucham jego dokonań od blisko dwudziestu lat, więc siłą rzeczy nie jestem obiektywny. I nie zamierzam, bo muzyka – tak w ogóle - jest wielkim przeżyciem duchowym, którego nie sposób porównać z innymi dziedzinami sztuki. Nie istnieje równie uniwersalny i jednocześnie tak piękny sposób komunikacji, najwspanialsze tło naszych radości i smutków, definicja wrażliwości i piękna, a także sens życia milionów osób. Jeżeli ktoś twierdzi, że się zagalopowałem, to niech posłucha utworu „Blue in Green”...
Minęło 25 lat od wydania jego ostatniej płyty, czyli „Doo-bop”. Słuchając niedawno tego albumu, a także płyty „Tutu” z bliskim znajomym, a równocześnie muzykiem i, podobnie jak ja, fascynatem muzyki, stwierdziliśmy zgodnie, że współczesne dokonania mają sporo elementów z ostatnich dokonań mistrza. Po raz kolejny znacząco wyprzedził swój czas.
Rocznice sprzyjają podsumowaniom, często wartościowym merytorycznie, ale także zwykłej komercji. Bywa jednak, że komercja staje na wysokości zadania, to znaczy oprócz wykorzystania okazji do pomnażania zysków, czyli na przykład rocznic, potrafi jednak wyposażyć produkt w cenną zawartość. Tak jest z albumem „Miles Davis – ilustrowana biografia” wydaną przez Buchmann. Główną wartością wydawnictwa są unikalne zdjęcia, których daremnie szukać w innych albumach, a nawet fotogaleriach dostępnych w sieci. Duży format wydawnictwa i doskonała jakość zdjęć pozwala cieszyć się wieloma świetnymi ujęciami z różnych okresów życia giganta jazzu. Książka spełnia założenia biografii, tzn. poznajemy sylwetkę Milesa od momentu narodzin w 1926 roku w East St. Louis do śmierci w Santa Monica w 1991 roku. Album oprócz zdjęć zawiera wiele ciekawych reprodukcji biletów, plakatów, okładek płyt, a także różnych pamiątek związanych z mistrzem.
Oprócz doskonałych zdjęć zawartość tworzą artykuły i wypowiedzi cenionych krytyków, a także wybitnych muzyków, którzy współpracowali z Davisem. Są to m.in. Herbie Hancock, Lenny White, Ron Carter, Clark Terry, Dave Liebman. Opowiadają szczerze o mistrzu przez pryzmat spędzonych razem lat. Często jest to prawda bolesna, zwłaszcza w kwestii brutalnego traktowania kobiet, zaniedbania dzieci czy merkantylnych motywacji w ostatniej dekadzie życia. Dzięki temu jednak jest to sylwetka wiarygodna, na pewno nie jest to biografia pisana „na klęczkach”.
Najbardziej wartościowe są wspomnienia o ważnych momentach w muzyce. Lenny White, współtwórca formacji Return to Forever, tak zaczyna swoją wypowiedź: „Aby zrozumieć „Bitches Brew”, trzeba najpierw uświadomić sobie, że pierwsze nuty, które nagraliśmy w studiu, zabrzmiały w dwadzieścia cztery godziny po tym, jak Jimi Hendrix zagrał ostatni dźwięk na scenie festiwalu Woodstock. W tamtym czasie jednocześnie powstawała masa różnorodnej muzyki – oprócz Hendriksa wciąż nagrywali Beatlesi, poza tym był Igor Strawiński, James Brown, Santana, Rolling Stonesi, wszystko naraz. Jazz otworzył się wtedy na wpływy z zewnątrz – zapożyczało się patenty z tego czy innego gatunku. Wszyscy słuchali wszystkich.”
Jedną z ciekawszych refleksji na temat Milesa jest wypowiedź Dave'a Liebmana, jednego z najwybitniejszych saksofonistów: ”Gdybym miał podsumować Milesa Davisa jednym wyrażeniem, postawiłbym na wyczucie czasu – w znaczeniu muzycznym chodziło przede wszystkim o granie ósemek w punkt w połowie rytmu oraz talent do angażowania właściwych ludzi we właściwym momencie. Tak samo można podsumować tempo jego życia, te retrospektywne koncerty na dwa miesiące przed śmiercią. Miles wiedział, kiedy jest właściwy czas. Wiedział, kiedy i kogo zaangażować do swojej muzyki, i kiedy z kogoś zrezygnować... Był producentem i reżyserem totalnym. Wszystko, co robił, robił z nieprawdopodobnym wyczuciem czasu.”
W treści pojawia się wiele cytatów z autobiografii Milesa, która – co ciekawe – jest tutaj krytykowana jako źródło informacji o muzyku. Czytałem autobiografię wielokrotnie i pozwolę się z tą opinią nie zgodzić. Według mnie nie ma ciekawszego i bardziej wiarygodnego źródła informacji o kulisach najważniejszych dokonań w jazzie niż spisane słowa Milesa.
Mimo wszystko polecam album „Miles Davis – ilustrowana biografia” jako wciągające i piękne graficznie podsumowanie dwóch ważnych rocznic, jakie przypadają w tym roku. Lektura wydawnictwa może być początkiem pasjonującej przygody z muzyką Milesa. Moja przygoda trwa niemal dwadzieścia lat i potrwa pewnie do końca :)
PS
Zachęcam do lektury poprzednich wpisów w moim blogu „Trzy akordy na dwie ręce”, jaki prowadziłem do tej pory na FB.
Zachęcam do lektury poprzednich wpisów w moim blogu „Trzy akordy na dwie ręce”, jaki prowadziłem do tej pory na FB.
