fot. Marcin Ponikowski

„Zimną wojnę” oglądałem niemalże w tym samym czasie co „Powidoki”, czyli ostatni film najważniejszego polskiego reżysera. Siłą rzeczy nasunęły mi się refleksje łączące te filmy i ich reżyserów. Obrazy opowiadają o stalinizmie w Polsce, a także o formach walki sztuki z totalitaryzmem.

REKLAMA
Uwielbiam czarno-białą konwencję, sam często ją stosuję na swoich zdjęciach. Paradoksalnie uwypukla ona szczegóły, które są zupełnie nieostre na wielobarwnych fotografiach czy ujęciach w filmach. Dlatego kolekcjonuję kino czarno-białe niezależnie od jego rocznika, jak choćby "Windą na Szafot", "Lista Schindlera", "A Hard Days Night", "Poza prawem", „Siedmiu samurajów” czy "Coffee and Cigarettes". Ta konwencja stała się w ostatnich latach popularna także w naszym kinie. Piję tu oczywiście do osobliwych kadrów z obrazów Pawła Pawlikowskiego. Czarno-biała konwencja jest środkiem do celu, służy do uwypuklenia najważniejszych elementów w filmie. Ale w wielu wypadkach jest czymś autonomicznym, samodzielnym, najkrócej mówiąc kadry stają się dziełami sztuki.
„Zimną wojnę” oglądałem niemalże w tym samym czasie co „Powidoki”, czyli ostatni film najważniejszego polskiego reżysera. Siłą rzeczy nasunęły mi się refleksje łączące te filmy i ich reżyserów. Obrazy opowiadają o stalinizmie w Polsce, a także o formach walki sztuki z totalitaryzmem. O ile w „Powidokach” sztuka wysoka w postaci twórczości i postawy Strzemińskiego bezwzględnie opiera się komunie, o tyle w „Zimnej wojnie” muzyka ludowa, stając się stopniowo popularną, zostaje siłą wtłoczona w ramy wypełnione po brzegi czerwonym sztandarem idei sowieckiej.
Pawlikowski jawi się jako spadkobierca narracji i wrażliwości mistrza, wystarczy przypomnieć sobie czarno-białe kadry z filmów „Pokolenie”, „Popiół i diament”, a zwłaszcza „Niewinni czarodzieje”. Wajda zawsze starał się jednak kreatywnie i efektywnie komentować współczesność, nawet jak robił klasykę literatury. Często dosłownie o tę współczesność zahaczał, jak choćby w „Tataraku”. A „Powidoki” są przecież wyraźnym komentarzem do totalitarnych zapędów aktualnej władzy w Polsce. Pawlikowski natomiast kocha polską przeszłość ze wszystkimi jej wadami i atrybutami – kolorami, a właściwie ich brakiem, chłodem, prowincją, wyrazistością postaci, a zwłaszcza wiodącym i ciężkim jak głaz dylematem moralnym. Z ogromnego tragizmu jego bohaterów przebija jednak sporo romantyzmu, idealizmu, a nawet naiwności, bliskiej archetypom w literaturze. Dobrze pasuje tu historia Manon Lescaut, której zawsze mało i sama nie wie czego chce, oraz kawalera des Grieux, który ostro wyidealizował sobie miłość swojego życia i temu ideałowi poświęci je właśnie. Choć rozwiązanie ma wiele z losów najsłynniejszych kochanków ever.
Jest jeszcze jeden element, który w ciekawy sposób łączy reżyserów. Pawlikowski zadedykował „Zimną wojnę” swoim rodzicom, podobnie wcześniej Wajda zrobił z filmem „Katyń”. Polecam lekturę wywiadu Agaty Trzebuchowskiej z Pawłem Pawlikowskim na temat „Zimnej wojny”, jaki ukazał się na łamach ostatniego „Przekroju”. On bardzo wiele tłumaczy, zwłaszcza w kwestii rodziców.