
Tegoroczną przygodę z festiwalem Jazztopad rozpocząłem wraz z moim synem, zapracowanym muzycznie pierwszoklasistą, od seansu kinowego „Jazz Morning Kids!” poświęconego czarownicom. Wiodącymi tematami kolejnych projekcji, z muzyką wykonywaną na żywo, były zwierzęta, kosmos, a także sztuka. I tak się ciekawie złożyło, że koncerty festiwalu, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć, miały coś z czarów, afrykańskiej fauny, sztuki oraz jedynej w swoim rodzaju konstelacji gwiazd.
REKLAMA
Jazzowy portrecista
Pierwszy zaczarował publiczność solo Chick Corea, który wielką salę NFM, dzięki w sumie kilku zabiegom technicznym, zamienił w intymną muszlę koncertową sprzed stuleci. Nagłośniona była głównie scena, światła padały zarówno na scenę, jak i na publiczność, jak niegdyś światła świec w neoklasycznych obiektach koncertowych. Muzykowi zależało na stworzeniu najbardziej intymnej atmosfery i bezpośrednim kontakcie ze swoimi odbiorcami, dlatego publiczność usiadła kilka metrów od niego na scenie. Ale to nie koniec. W trakcie koncertu artysta zdradzał szczegóły swojej biografii, zwłaszcza dzieciństwa. Ze swoim licznym kuzynostwem bawił się w portrety muzyczne – szkicowanie twarzy za pomocą dźwięków fortepianu. I podczas koncertu także zaprosił na scenę osoby, których portrety namalował biało-czarną klawiaturą. Ale to nie koniec. Spośród publiczności wybrał także muzyków, którzy zagrali z nim w duecie. Piszę muzyków, bo osoby były nieprzypadkowe, bo raczej nie mogły być :)
Jeżeli chodzi o zawartość muzyczną koncertu, to mistrz miksował repertuar swoich muzycznych guru, m.in. Mozarta, Ellingtona, Scarlatti’ego, Gershwina, Skriabina, Chopina. Wśród tego swoistego greatest hits znalazły się także utwory, jakie popełnili m.in. Antonio Carlos Jobim i Paco de Lucia. Nie zabrakło oczywiście solowych utworów mistrza w postaci miniatur z albumu „Children's Songs”, które powstały jako spokojna reakcja na hałaśliwy i dynamiczny okres muzykowania pod banderą Return to Forever. Mnie najpiękniej słuchało się jego interpretacji Chopina, otwartej, swobodnej, bez klękania przed naszym narodowym symbolem, przeprowadzonej w postaci bardzo aktualnego dziś dialogu. Jednak swoista eksplozja dźwięków i środków ekspresji nastąpiła pod koniec koncertu, kiedy Corea wykorzystał niemal wszelkie możliwe dobrodziejstwa brzmieniowe fortepianu w jednym utworze, włącznie z grą na strunach instrumentu, niczym na harfie.
Lew, słoń, puma i tygrys
Jak wspominałem na początku jeden z seansów „Jazz Morning Kids!” był poświęcony zwierzętom. Kiedy z saksofonu Shabaki Hutchingsa wydobywa się przepotężny ryk króla dżungli, z tuby Theona Crossa dźwięki niemal tak niskie i ciężkie jak człapanie największego mieszkańca lądu, natomiast Thomas Skinner oraz Edward Hick zwinnie przebierają łapami niczym dwa wielkie kocury pędzące po sawannie, to nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z skrajnie naturalną, etniczną i żywiołową odmianą współczesnej muzyki improwizowanej prosto z Czarnego Lądu. Myślę że energią kwartetu można by zasilić sporą część Wrocławia. Dokonania Sons of Kemet w paradygmacie rockowym można śmiało wykonawczo, treściowo i muzycznie zestawić z najbardziej żywiołowymi momentami z kariery Rage Against the Machine. Dokonania jazzowego kwartetu są zawarte jak dotąd na trzech bardzo konkretnych albumach, podobnie jak najlepsze rzeczy wspomnianych buntowników z L.A.
Shabaka Hutchings i Kamasi Washington – aktualnie dwie strony tego samego kreatywnego saksofonu tenorowego. O ile Kamasi gra lekko i przyjemnie dla szerszej, ale wyrobionej jazzowej publiczności, o tyle Shabaka - lider Sons of Kemet oraz Shabaka And The Ancestors - sięga najczęściej do plemiennego rdzenia improwizowanej muzyki i dodatkowo zasila je silnie ideowo.
Shabaka Hutchings i Kamasi Washington – aktualnie dwie strony tego samego kreatywnego saksofonu tenorowego. O ile Kamasi gra lekko i przyjemnie dla szerszej, ale wyrobionej jazzowej publiczności, o tyle Shabaka - lider Sons of Kemet oraz Shabaka And The Ancestors - sięga najczęściej do plemiennego rdzenia improwizowanej muzyki i dodatkowo zasila je silnie ideowo.
LIFE FORCE
O Esperanzy napisano już bardzo dużo, a ponieważ jest młoda i skrajnie kreatywna, to zapewne ogromne ilości znaków tworzących nowe opisy napełnią spokojnie jeszcze niejeden serwer. Bardzo cieszę się, że odwiedziła mój Wrocław, choć jak przyznała w rozmowie przed koncertem – nie widziała miasta. Ważne że dzięki tej wizycie ranga festiwalu oraz wciąż naszej rodzimej „Europejskiej Stolicy Kultury” znacząco wzrosła. Może nie był to festiwal na miarę Solidarity of Arts w 2014 roku, w całości dedykowany artystce, ale ogromnym wyróżnieniem jest to, że przyjechała na ten jeden jedyny koncert do Europy w tym czasie.
Wspomniana rozmowa przed koncertem zahaczała o różne wątki, nie wszystkie były przyjęte optymistycznie przez artystkę, ale jako – co by nie powiedzieć – jednak gwiazda, miała prawo do swoistych humorków, wynikających bardziej z jej przekory, a przede wszystkim wysokiego IQ. Esperanza opowiadała sporo o swoich muzycznych mentorach, którymi niewątpliwie są Herbie Hancock, Wayne Shorter oraz Stevie Wonder. Wspominała wyjątkowy projekt „Exposure”, globalny, ale finalnie jednak hermetyczny jeżeli chodzi o efekt (album był wydany w niskim nakładzie i nie będzie go w sieci), a także całkiem świeżą sesję do albumu „12 Little Spells”.
Wspomniana rozmowa przed koncertem zahaczała o różne wątki, nie wszystkie były przyjęte optymistycznie przez artystkę, ale jako – co by nie powiedzieć – jednak gwiazda, miała prawo do swoistych humorków, wynikających bardziej z jej przekory, a przede wszystkim wysokiego IQ. Esperanza opowiadała sporo o swoich muzycznych mentorach, którymi niewątpliwie są Herbie Hancock, Wayne Shorter oraz Stevie Wonder. Wspominała wyjątkowy projekt „Exposure”, globalny, ale finalnie jednak hermetyczny jeżeli chodzi o efekt (album był wydany w niskim nakładzie i nie będzie go w sieci), a także całkiem świeżą sesję do albumu „12 Little Spells”.
Sam koncert był niemal tak intymny jak prolog festiwalu, czyli występ Chick’a. Na wąskiej przestrzeni stał fortepian, kontrabas, stolik, na stoliku kwiaty, trochę pulsujących świateł - niczym w jakimś nocnym klubie. A to przecież scena jednej z największych hal koncertowych we Wrocławiu. Jazz nie lubi jednak wielkiej przestrzeni.
Koncert miał niewątpliwie swoją dramaturgię. Esperanza rozpoczęła od utworu wykonanego a capella, później także często śpiewała bez wsparcia instrumentów. W pewnym momencie pomyślałem, że sama zacznie grać na fortepianie, ale dołączył jednak Alexander Hawkins. Repertuar łączył przeszłość, często odległą z czasów „Chamber Music Society”, z teraźniejszością - pojawiła się tylko jedna kompozycja z ostatniej płyty - „Dancing The Animal”. Wśród wielu popisów wokalnych po angielsku i hiszpańsku połączonych z rozbudowanymi improwizacjami na kontrabasie znalazła się także jedna z moich ulubionych interpretacji klasyki fusion, czyli „Endangered Species”. Podczas koncertu Esperanza miała na bluzce napis „Life Force” – oby tej siły życiowej nigdy jej nie zabrakło!
Wracając do bajek, czyli do początku wpisu, to Esperanza i Bjork są jak dwa elfy odpowiednio z ciepłej i zimnej części Ziemi. Słuchając od wielu dni „12 Little Spells” mam wrażenie, że w świecie elfa z południa pojawiło się trochę wokalnych eksperymentów elfa z północy, który nagrał kiedyś album „Medulla”.
