O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Dwaj ludzie z szafą

Kadr z filmu "Dwaj ludzie z szafą", reż. Roman Polański, muz. Krzysztof Komeda | 1958 r.
Kadr z filmu "Dwaj ludzie z szafą", reż. Roman Polański, muz. Krzysztof Komeda | 1958 r. akademiapolskiegofilmu.pl
Komeda i Polański. Polański i Komeda. Jedyny w swoim rodzaju czarno-biały tandem kultury masowej, wyryty w świadomości wielu odbiorców, zarówno tych dużo starszych, jak i coraz młodszych. Czy pod koniec 1968 roku którykolwiek z nich mógł przewidzieć, że kolejny, 1969 rok, będzie najtragiczniejszy w ich życiu? Obchodzimy 50. rocznice tych tragicznych dla polskiej i światowej kultury wydarzeń.



Zacznę od końca, czyli od prelekcji Tomasza Lacha, pasierba Krzysztofa Komedy, która została wygłoszona 26 kwietnia br. w ramach jubileuszowego 55. festiwalu Jazz nad Odrą. Nie było to moje pierwsze spotkanie z panem Tomaszem. Rok temu recenzowałem jego wspomnienia z dzieciństwa pt. „Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych”, które obfitowały w wiele przygód autora z Komedą. Byłem pod sporym wrażeniem narracji, relacji, a przede wszystkim pierwszego stricte rodzinnego portretu kompozytora. Opisałem swoje wrażenia rok temu w blogu.


Wówczas podkreśliłem te ciekawe elementy także w rozmowie telefonicznej z panem Tomaszem. Zwróciłem uwagę również na to, że niezależnie od „prawdy”, do jakiej dogrzebią się (nomen omen) aktualni odkrywcy życiorysu Komedy po 50 latach, to nawet cokół pod jego pomnikiem nie doświadczy choćby rysy. Merytoryka spotkania z panem Tomaszem w ramach tegorocznego festiwalu Jazz nad Odrą oraz treść mini publikacji załączonej do kwietniowego wydania „Jazz Forum” pod tytułem „Listy w sprawie Komedy” świadczą także o jego sceptycyzmie wobec nadinterpretacji dokonywanej przez dziennikarzy nie związanych na co dzień z jazzem, a mówiąc wprost nadużyć, w kwestii biografii Komedy i najbliższych mu osób, a także całego ówczesnego środowiska jazzowego.


Publikacja „Listy w sprawie Komedy” rzuca odpowiednio udokumentowane światło na okoliczności tragicznych zdarzeń z 1969 roku oraz losy osób w związanych z kompozytorem. Szczególnie cenny jest list Zofii Komedowej do jej brata, Stefana Tittenbruna, opisujący tragiczną sytuację kompozytora, który leży w śpiączce w amerykańskim szpitalu, bez środków finansowych na dalsze leczenie i ewentualną rekonwalescencję. Ale pojawia się też gorzka refleksja – parafrazując mitologiczną historię Ikara - Komeda za bardzo zbliżył się do neonowego słońca Hollywood i rzeczywiście upadł… Podczas spotkania we Wrocławiu pan Tomasz mówił sporo o determinacji i odwadze kompozytora, ogromnym uporze twórczym i życiowym, czego symbolicznym i zupełnie pozamuzycznym przykładem było zabranie butów narciarskich z głęboko komunistycznej i zimnej Polski do słonecznej i wolnej Kalifornii. Jednak Zofia Komedowa musiała być równie zdeterminowana i przy tym dobrze zorganizowana. Najlepiej weryfikują te cechy życiowe tragedie.



Sleep safe and warm… all of you

Podczas prelekcji pan Tomasz zwrócił uwagę na okoliczności powstania filmu „Dziecko Rosemary”, opus magnum tandemu reżyser - kompozytor. A zwłaszcza na fakt, że film nie był obliczony na spektakularny sukces, a już na pewno nikt nie myślał o nim w kategoriach jednego z najwybitniejszych dzieł kinematografii. O wielkości filmowej realizacji intrygującej historii zadecydowała determinacja i reżyserski kunszt Romana Polańskiego, który także odpowiednio zaadaptował scenariusz, znakomity dobór i gra aktorów, no i oczywiście zjawiskowa muzyka autorstwa Krzysztofa Komedy.

Pierwotnie jako reżysera filmu planowano zaangażować Williama Castle, który zakupił prawa do powieści, a wcześniej zajmował się tworzeniem głównie niskobudżetowych horrorów. Niewielkich rozmiarów książka Iry Levina o tym samym tytule zachwyciła Roberta Evansa, producenta, który pod pretekstem realizacji obrazu pt. "Szaleńczy zjazd" o narciarzach zachęcił Polańskiego do nakręcenia filmu w Ameryce. Evans wiedział, że Polański jako zapalony narciarz będzie podwójnie zainteresowany tematem, ale to był tylko pretekst. Polański po błyskawicznym przeczytaniu powieści Iry Levina był znacznie bardziej zdeterminowany do nakręcenia filmu o dziecku szatana. Reżyser szczegółowo opisuje okoliczności powstania obrazu w swojej autobiografii pt. „Roman” wydanej w 1984 roku, która jest bardzo obfitym faktograficznie oraz niezwykle intymnym portretem reżysera. Dziś zapewne nie miałby aż tyle odwagi do stworzenia podobnej publikacji.

Film „Dziecko Rosemary” diametralnie zmienił życie jego twórców. Roman Polański i Krzysztof Komeda od tego czasu mieli szeroko otwarte drzwi do filmowego wszechświata. Polański mógł dowolnie przebierać w scenariuszach i aktorach. Komeda miał podpisać lukratywny kontrakt z wytwórnią Paramount Pictures na stworzenie muzyki do kilku filmów rocznie.

Niestety okazało się, że szczęście trwało krótko. Wszystko zmieniło się pod koniec 1968 roku, kiedy podczas feralnego spaceru Komedy w towarzystwie Marka Hłaski, którego Polański sprowadził do Ameryki w celu pisania scenariuszy do jego filmów, kompozytor doznał poważnych obrażeń głowy. Na początku je zbagatelizował, a później po zabiegu usunięcia krwiaka z mózgu zapadł w śpiączkę. Po kilku miesiącach został nieprzytomny przewieziony do Polski, gdzie zmarł 23 kwietnia 1969 roku. W połowie czerwca tego samego roku Marek Hłasko, który winił się za śmierć kompozytora, także odszedł w wyniku zapaści wywołanej połączeniem nadmiernej ilości środków nasennych z alkoholem. Pisarz zupełnie nie odnalazł się w amerykańskiej rzeczywistości, a poczucie winy po śmierci Komedy jeszcze bardziej go załamało. 9 sierpnia 1969 roku, czyli kilka miesięcy po tych tragicznych dla polskiej kultury pożegnaniach, bestialsko zamordowano Sharon Tate, żonę Romana Polańskiego, a także kilka osób, które jeszcze nie tak dawno często przebywały w towarzystwie reżysera i kompozytora. Polański stracił nie tylko żonę, ale także swoje pierwsze dziecko – Tate była w ósmym miesiącu ciąży. Quentin Tarantino właśnie kończy film "Once Upon a Time in Hollywood", który po części będzie opowiadał o tej tragicznej historii. Premiera latem.

Reasumując w krótkim czasie doszło do serii tragicznych i jednocześnie tajemniczych odejść przyjaciół. Dziwne jest przede wszystkim to, że ze światem pożegnały się osoby młode, w rozkwicie swoich możliwości twórczych. Tak, jakby jakiś demiurg chciał pogrozić palcem i pokazać, że talent, ciężka praca i w końcu pożądany globalny sukces nie decydują o naszym życiu. Decydują o nim tragiczne przypadki. Przypadkiem Komeda uderzył się w głowę, a jako laryngologowi zabrakło mu później lekarskiej czujności. Przypadkiem Polański zamieszkał w domu, w jakim miał rezydować producent muzyczny, który do tego stopnia zawiódł Mansona, że ten zlecił zamordowanie wielu osób.

Skalę tragedii podkreśla fakt, że życie Romana Polańskiego i Zofii Komedowej zmieniło się diametralnie po śmierci najbliższych osób. Żona kompozytora na dwie dekady zaszyła się w Bieszczadach, a reżyser potrzebował pięciu lat żeby wrócić filmem „Chinatown” do miejsca, w jakim był po sukcesie „Dziecka Rosemary”.


Szafa bez dna

Dlaczego dokonania tandemu Polański - Komeda są tak ważne od ponad pół wieku? Co takiego zrobili razem w ciągu niemal dekady, a sumując spędzony wspólnie czas pewnie tygodni, że zostaną zapamiętani na zawsze? Czym napełnili tę niewielką fizycznie szafę, że była, jest i będzie niewyczerpaną studnią filmowych i muzycznych tematów, pomysłów, miniatur i arcydzieł?

Roman Polański często mówi o głodzie odkrywania coraz to nowych obszarów, o łaknieniu w wymiarze intelektualnym, które systematycznie trzeba zaspokajać, niezależnie od tego jak wiele się zrobiło. I tę filozofię potwierdza stale swoją nieprzerwaną pracą nad filmami, mimo sędziwego już wieku. Przykład geniuszu? Jeżeli ktoś uważnie oglądał film „Autor widmo”, to pamięta postać ogrodnika, który nieustannie sprząta liście wokół domu byłego premiera Wielkiej Brytanii. Polański doskonale oddał w ten sposób nie tylko stan umysłu głównego bohatera, który musiał poskładać z pozoru nudną biografię premiera w atrakcyjną całość, ale reżyser także zgrabnie nawiązał tym epizodem do swoich pierwszych niemych etiud filmowych, w których symbolika odgrywała ogromną rolę. I nadal odgrywa, bo ostatnio oglądałem „Dwóch ludzi z szafą” oraz „Olivera Twista” z moim siedmioletnim synem, który trafnie odczytał główne wnioski płynące z tych współczesnych przypowieści.

Krzysztofa Komedę wyróżniało ciągłe dążenie do doskonałości, wielokrotne powtarzanie utworów, jakby ostateczną formę każdego dzieła chciał umieścić w platonowskim świecie idei. Kamil Piotrowicz, jeden z młodych, ale doświadczonych pianistów jazzowych, autor trzech albumów, który ma w swoim sekstecie wybitnych przedstawicieli młodego pokolenia muzyków, m.in. Kubę Więcka, Emila Miszka czy Piotra Chęckiego, powiedział nie tak dawno w wywiadzie dla „Jazz Forum” (12/2018): „Krzysztof Komeda jest moją pierwszą i największą inspiracją. Fascynuje mnie u Komedy autentyczność, indywidualizm, emocjonalność, inteligencja, szczerość. Ten muzyczny przekaz dociera do mnie na wielu poziomach”. Z kolei Jan Ptaszyn Wróblewski, wybitny profesor rodzimej muzyki improwizowanej, jeden z pierwszych muzycznych przyjaciół kompozytora, powiedział ostatnio na łamach „Jazz Forum” (4-5/2019): „Komeda jest na pewno najważniejszym twórcą polskiego jazzu, ale czy największym muzykiem? Tego bym nie powiedział. Największym twórcą – absolutnie, natomiast muzykiem – nie. Najwięksi muzycy to Namysłowski i Stańko (…). To prawda, Komeda wirtuozem nie był, ale to nie jest najważniejsze w muzyce. Przykład geniuszu? Czy jest bardziej liryczna ballada w rodzimym jazzie, czy jest piękniejsza miniatura muzyczna niż kołysanka do filmu „Dziecko Rosemary”? Za każdym razem, kiedy słucham wielu interpretacji utworu, mam przekonanie, że nie. „Po katastrofie”, kolejny utwór, który niezwykle cenię, łączy najważniejsze elementy twórczości Komedy – klasykę, słowiańską lirykę i hard bop. I to już w pierwszej minucie. Poproszę o inny przykład takiej symbiozy…

Z historii sztuki doskonale wiemy, że jeżeli we właściwych proporcjach połączy się odpowiednie żywioły, to wówczas powstaje zjawisko. Możemy poszczycić się tym, że nasze rodzime zjawisko pod nazwą Polański & Komeda może być porównywalne wyłącznie z kilkoma innymi tandemami twórców, jak choćby z duetem Leone & Morricone.