O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Nieczarodziejska góra faktów

www.facebook.com/maestroenniomorricone/
Muzykę Ennio Morricone kojarzą wszyscy, ale niewielu zna go jako kompozytora, a jeszcze mniej fanów jako człowieka. Autobiografia pokazuje twórcę przede wszystkim jako sprawnego menedżera produktu, lidera projektu, ambasadora marki, ale oczywiście także jako twórcę - muzyka i kompozytora. Jeżeli jednak ktoś będzie szukał w książce postaci pięknej i lirycznej jak tematy muzyczne z „Dawno temu w Ameryce”, „Misji” czy „Cinema Paradiso”, to srogo się zawiedzie…



Muzyka Ennio Morricone jest ogromna, monumentalna, ale jednocześnie bliska, szczera i prawdziwa. Takie wrażenie mam za każdym razem, kiedy oglądam filmy „Frantic”, „Nietykalni”, „Koneser”, „Bękarty wojny”, „1900: Człowiek legenda”, „Wilk”, „Coś” czy „La piovra”. Kompozytor jest arcymistrzem bardzo namacalnego wyrażania ludzkich uczuć poprzez dźwięki. Jego tematy niemal wzruszają do łez, skłaniają do głębokiej zadumy, często prowokują złość, a nawet wywołują poczucie zagrożenia. To genialny muzyczny psychoanalityk.


Ennio Morricone mimo bardzo sędziwego wieku, czyli 90 lat, nadal tworzy muzykę i … aktywnie koncertuje na całym świecie. Jednak już dziś, nie czekając na symboliczne i zapewne niewymownie smutne zakończenie jego aktywności, można go zestawić z największymi twórcami w historii muzyki – Bachem, Beethovenem, Chopinem czy Davisem. Każdy z wielkich kompozytorów, niezależnie od gatunku tworzonej muzyki, zostawił ogrom wspaniałej muzyki, ale także obraz człowieka, istoty o określonych cechach fizycznych i psychicznych, wyposażonej we wszystkie atrybuty naszego gatunku (m.in. charakter, usposobienie), funkcjonującej w konkretnej przestrzeni geograficznej, społecznej, kulturowej, religijnej. Słuchając muzyki Beethovena czy Chopina często zapominamy o tym, jak bardzo cierpieli latami – pierwszy z powodu głuchoty, która jest największym przekleństwem dla twórcy muzyki, drugi zmagał się z poważną i niestety śmiertelną chorobą płuc. Ale część najwybitniejszych twórców, mimo dobrego stanu zdrowia, wykazywało się chwilami lub permanentnie skłonnościami autodestrukcyjnymi, czym nie mniej destrukcyjnie wpływali na swoich najbliższych, czego niechlubnym przykładem może być biografia Milesa Davisa, a także po części wyjątkowo szczere wyznania Herbiego Hancocka.


A jak w tym kontekście wypada Ennio Morricone? Ma wspaniałe życie rodzinne, jest szczęśliwym mężem i wiele zawdzięcza jedynej żonie, która nierzadko doradza mu w kluczowych tematach muzycznych. Ma czwórkę ambitnych, samodzielnych i dobrze wykształconych dzieci, które mają swoje ambitne, samodzielne i dobrze wykształcone dzieci… Co jest zatem nie tak w tym idyllicznym życiorysie?


"Moje życie, moja muzyka" | Ennio Morricone, Allesandro De Rosa | 2018

Tytuł autobiografii największego twórcy muzyki filmowej powinien brzmieć jednak inaczej, to znaczy „Moja muzyka, no i kilka zdań o moim życiu”. Mam świadomość, że zaproponowany tytuł można też interpretować: moje życie = moja muzyka. Z założenia autobiografia, niezależnie od dziedziny, jaką uprawia jej główny bohater, powinna się skupiać na życiu w wymiarze rodzinnym i zawodowym. Ennio podszedł jednak do swojej autobiografii stricte zawodowo, to znaczy w 95 % skupia się wyłącznie na procesie tworzenia, nagrywania i promocji muzyki. Kolejnym aspektem mało autobiograficznym jest fakt, że książka ma formę wywiadu, który prowadzi Alessandro De Rosa, młody wychowanek kompozytora. Czy autor pytań, który z oczywistych powodów trochę klęka przed swoim mentorem, jest w stanie zadawać intrygujące, nieszablonowe i prowokacyjne pytania? Raczej nie.

Najbardziej zaskakuje jednak początek autobiografii, w którym twórca muzyki do filmu „Misja” przyznaje, że jako bardzo młody człowiek nie chciał zostać muzykiem… Chciał być lekarzem lub zawodowym szachistą… Ale przyszedł do niego ojciec, wręczył trąbkę i powiedział, że skoro on całe życie zarabiał nią na rodzinę, to teraz przyszła kolej na Ennio. Szach i mat.

Dzieciństwo, tak ważne w życiu każdego z nas, bo najwolniej i najbarwniej upływające, całe to smakowanie świata, odkrywanie dziewiczości zmysłów, zostało w książce w zasadzie przemilczane. Twórca opowiada wiele o początkach swojej muzycznej drogi, głównie o tym, jak szybko okazało się, że jest genialnym aranżerem, który potrafił szablonowe i nudne utwory zmienić w ciekawe i urozmaicone dźwiękowo.

Morricone w kolejnych rozdziałach bardzo skrupulatnie opowiada swojemu wychowankowi o kolejnych projektach muzycznych, które nie od razu były związane z filmem. Ale udźwiękowienie obrazów, na początku oczywiście made in Italy, było kwestią czasu.

Kompozytor rozpoczyna swoją światową karierę dzięki współpracy z Sergio Leone, kolegą ze szkolnej ławki, ale tę historię kojarzy większość z nas, więc nie ma sensu jakoś szerzej się na ten temat rozpisywać. Warto natomiast zwrócić uwagę na akcenty, na jakie największy nacisk położył w książce jej bohater. A mianowicie kluczowa jest systematyka, kunszt w budowaniu poszczególnych warstw każdego utworu, zarówno jego tematu, ale także brzmienia. Czasami ten drugi aspekt bywał ważniejszy niż sam temat, gdyż skuteczniej przyciągał uwagę odbiorców, np. przesterowana gitara, harmonijka z charakterystycznym pogłosem, czy bardzo osobliwy ton fletu. Morricone nie działa spontanicznie, dla niego kluczowy jest sposób kształtowania i organizowania pracy swojej i współpracowników, jest w tym względzie wzorcem muzycznego rzemieślnika. Nie mniej ważne są muzyczne relacje, jak by nie patrzeć biznesowe, a przede wszystkim umiejętność doboru odpowiednich osób, narzędzi, scenariuszy i nośnych nazwisk.


Pod czarodziejską górkę

Opowieść o tworzeniu muzyki i kolejnych etapach kariery, ułożona bardzo starannie – chronologicznie, faktograficznie, fonograficznie – z rozdziału na rozdział staje się bardzo merytorycznym wykładem z zakresu warsztatu kompozytora muzyki filmowej. To cenna wiedza, tym bardziej, że pochodząca od samego mistrza, ale staje się stopniowo zbyt hermetyczna dla zwykłego „zjadacza” smakowitych owoców twórczości Morricone. Mistrz i uczeń rozmawiają o bardzo ciekawych z muzykologicznego punktu widzenia sprawach, o roli artysty, narzędziach, inspiracjach, strukturze, kompozycji, aranżacji i zapominają na dłuższą chwilę o tym, że potencjalnego czytelnika może interesować na przykład gdzie na wakacje jeździ mistrz, jakie są jego ulubione gatunki kawy, wina, ryb, makaronów? Co na przestrzeni blisko 90 lat życia najbardziej go zaskoczyło, jakie narzędzia lub dokonania technologiczne zmieniły jego pracę czy sposób myślenia o muzyce? Czy wnuki często go odwiedzają, czy lubi z nimi wspólnie słuchać muzyki, czy znają utwory dziadka? Takich pytań, mniej lub bardziej osobistych, można by wypisać jeszcze kilkadziesiąt. Ale Allesandro De Rosa, z wiadomych powodów, pyta mistrza niemal wyłącznie o sprawy warsztatowe. Dyskusje, swoją temperaturą, wysokim poziomem merytorycznym, wielowątkowością, potencjałem intelektualnym, wyrafinowaniem rozmówców, przypominają wielogodzinne polemiki bohaterów „Czarodziejskiej góry” Thomasa Manna. W pewnym momencie czytelnik-muzyk będzie brnął dalej, ale większość czytelników-fanów raczej sobie odpuści, gdyż zawartość będzie coraz mniej ciekawa, tak z życiowego punktu widzenia.


Biały charakter

Reasumując książka jest w jakimś wymiarze antytezą autobiografii, gdyż traktuje głównie o zawodowym obliczu głównego bohatera. A tym samym jest to obraz niepełny, względnie szklanka jest do połowy pusta, głównie w tym ludzkim, socjologicznym wymiarze. Gdyby zamiast Allesandro De Rosa za ten „wywiad rzekę” wziąłby się doświadczony dziennikarz lub pisarz, nawet bliski kompozytorowi, to efekt dla czytelników-muzyków oraz czytelników-fanów byłby o wiele ciekawszy. Wszyscy lubimy poznawać fakty, najlepiej te przełomowe, ale interesują nas też sprawy przyziemne, a często pikantne szczegóły. Miles Davis w autobiografii dużo miejsca poświęcił swoim słabościom (narkotyki), największym porażkom (ojcostwo), ale w kontekście jego dokonań-zysków, los wystawił mu właśnie taki rachunek po stronie porażek-kosztów. Analogicznie było w przypadku Erica Claptona, który udowodnił w opowieści o swoim życiu, że przetrwanie wielu lat uzależnień od narkotyków i alkoholu, a także kilku poważnych wypadków samochodowych pod wpływem tych substancji, było cudem. Znienawidziłem go za te wyznania, zwłaszcza za niszczenie związków międzyludzkich, degenerowanie ludzi i głupotę, jaką niejednokrotnie się wykazywał. Nawet „grzeczny” Herbie Hancock ma wiele za uszami w temacie uzależnień, które niejednokrotnie komplikowały mu życie. Obwinia się także w temacie niespełnionej kariery swojej siostry, która chciała być wokalistką, i liczyła w tym względzie na wsparcie brata, ale on nie bardzo tego dla niej chciał. Więc ona zawodowo realizowała się jako stewardessa i zginęła w katastrofie lotniczej…

Nie twierdzę że Ennio skrywa jakieś problemy z używkami, kobietami, dziećmi czy wrednym charakterem pod płaszczem teoretyzowania w dziedzinie muzyki filmowej. Jeżeli przetrwał blisko 60 lat z jedną kobietą i wszyscy mówią o nim pochlebnie, to raczej nie ma jakichś mrocznych kart w swojej biografii. Jednak człowiek bez choćby drobnej rysy na wspaniałym wieloletnim wizerunku jest taki trochę nieautentyczny, nierealny, zbyt sterylny, czy nawet humanoidalny…


#SOCIAL MUSIC

Głównym bohaterem tej książki, nazwanej trochę marketingowo autobiografią, jest muzyka. I nie jest to jakiś specjalny rodzaj, gatunek czy stylistyka ze świata dźwięków. Nie jest to wyłącznie książka o muzyce filmowej, choć oczywiście ten aspekt jest ważny. Jest to swoista rozprawa, w wielu miejscach bardzo merytoryczna, gdyż poparta blisko 80-letnią praktyką, o procesie edukacji, kreacji, aranżacji, rejestracji, produkcji i promocji dzieła muzycznego.

Miles Davis, także twórca soundtracków, często podkreślał, że jego muzyka ma wymiar społeczny, jest tworzona z myślą o ludziach, a nie o wkładaniu jej w jakieś muzykologiczne schematy, nawet te związane z jazzem. Mówił o niej "social music". Myślę że muzyka Morricone również ma taki ponadnormatywny charakter i przede wszystkim opowiada o człowieku oraz jego emocjach, dlatego jest tak skrajnie zróżnicowana i jednocześnie związana z bardzo konkretną sytuacją, czyli obrazem, wątkiem, a nawet całą sekwencją filmu… w jakim przecież żyjemy.