O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Jutro bez wczoraj

www.me.me
Świat bez muzyki The Beatles byłby jak komputery bez aplikacji Microsoft, internet bez Google’a, a dla tradycjonalistów jak sztuka bez Leonarda Da Vinci. Gdyby jednak przyjąć taki scenariusz?



Danny Boyle, twórca przełomowego „Trainspotting”, oskarowego „Slumdog Millionaire” czy skrajnie surwiwalowego „127 godzin”, wziął się za… no właśnie nie za science fiction ani fantasy, ale za coś bardzo hipotetycznego i futurystycznego zarazem. Film opowiada przede wszystkim o miłości dwojga ludzi, a muzyka The Beatles jest w nim głównie pretekstem do wyeksponowania uczuć głównych bohaterów. Ja jednak przewrotnie potraktuję scenariusz jako pretekst do opowieści o świecie bez The Beatles.

Na początek spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego The Beatles, a nie na przykład Rolling Stones, U2, Coldplay czy inni dzisiejsi „zapełniacze stadionów”? A może w ambitniejszą stronę, dlaczego nie Pink Floyd, Radiohead czy Frank Zappa, który wydał przecież dwupłytowy album z eksperymentalną muzyką rockową przed „Białym Albumem” i wiele osób uważa, że jemu należy się palma pierwszeństwa w dziedzinie bycia odkrywczym w muzyce. Odpowiedź jest bardzo prosta. Czesław Niemen, czołowy polski twórca muzyki z obszarów popu, rocka, fusion i elektroniki, powiedział kiedyś, że większość pięknych piosenek już powstała, a ich lwią część napisali The Beatles.

James Corden, jeden z autentycznych bohaterów filmu, mimo całego ogromnego potencjału wizerunkowego i jeszcze większego luzu, a głównie znajomości z całą masą największych sław, zaprosił do jednego ze swoich show Paula McCartney’a i ze łzami w oczach opowiedział mu o tym, jak jego dziadek puścił mu najpiękniejszą piosenkę, jaka powstała, a mianowicie „Let It Be”. W tym kontekście nie dziwi ogromna frustracja bohatera filmu „Yesterday”, który po kilkakrotnej próbie jej zaśpiewania stwierdził, że słuchacze, słyszący ją po raz pierwszy, nie są w stanie uszanować „powstawania tego dzieła sztuki” i cały czas przerywają ten proces jakimiś pierdołami. I to jest pierwsza kluczowa perspektywa w świecie bez muzyki The Beatles, a mianowicie jaka byłaby percepcja tych utworów gdyby pojawiły się dzisiaj? Jeszcze bardziej podkreślony jest ten aspekt, kiedy główny bohater proponuje tytuł oraz okładkę albumu z „The Best of The Beatles”, a wśród propozycji pojawia się oczywiście „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, „White Album” czy „Abbey Road”, ale producenci zupełnie nie widzą w tych pojęciach potencjału…


Druga perspektywa, dużo ważniejsza, to globalna rola tej twórczości, jej wpływ na kulturę, wiele społeczeństw anglo- i nieanglojęzycznych, ich muzyczny i mentalny rozwój, w zasadzie na większość ważnych aspektów życia ludzi na globie w XX i XXI wieku. Świat bez muzyki The Beatles byłby bardzo ubogi, w wielu wymiarach, a część procesów nie miałoby w ogóle miejsca, i to nie tylko w zakresie muzycznym. Myślę że wiele cenionych zespołów i ich piosenek po prostu by nie powstała, włączając utwór „Fix You” Coldplay, który jest w filmie przez jedną z bohaterek stawiany wyżej niż „Yesterday”, prawdopodobnie najpiękniejsza ballada w historii muzyki. Syd Barrett otwarcie przyznawał się do inspiracji muzyką czwórki z Liverpoolu, kiedy zakładał kolejny wielki band w historii muzyki, no i zanim zamienił się miejscami z Davidem Gilmourem, także fanem dokonań twórców „Tommorow Never Knows”. Daleka dla mnie, ale symboliczna w globalnym kontekście, jest postać Eda Sheerana, jednego z popularniejszych w ostatnich latach artysty i autora piosenek, który grając w tym filmie po prostu siebie oddaje hołd muzyce The Beatles stwierdzając, choćby po „pierwszym” wysłuchaniu utworu "The Long And Winding Road”, że mogła się narodzić tylko z woli muzycznych geniuszy, za jakiego on akurat się nie uważa. Pełna zgoda.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny wątek filmu, pokazujący aspekt „nowej” rzeczywistości bez The Beatles. Ma wymiar magiczny, metafizyczny, wzruszający, no i jednocześnie bardzo innowacyjny, którego nie powstydziłby się nawet Quentin. The Beatles nie powstali, nie ma ich muzyki, ale czy istnieją fizycznie? Odpowiedź w filmie :)

Nie jestem obiektywny i nie zamierzam. Słucham The Beatles od kiedy pamiętam, czyli od blisko czterech dekad, czyli pierwszych lat życia, więc nie będę oryginalny kiedy powiem, że są dla mnie definicją kapeli rockowej. Ale nie tylko dla mnie. Szanujący się muzycy, krytycy i muzykolodzy często stosują w swoich recenzjach, rozprawach czy ważnych rozmowach określoną skalę dokonań, archetypicznych odniesień do tego co najważniejsze, przełomowe, oczywiście w kontekście rozwoju, użytych środków, poziomu skomplikowania. I najczęściej dowiaduję się, że taki czy inny album tego czy innego zespołu jest w jego karierze przełomowy jak „Revolver”, odkrywczy jak „Sierżant Pieprz”, bezkompromisowy jak „Biały Album” czy ekstremalnie dojrzały jak „Abbey Road”.

Z wielkiej czwórki została dziś - tylko i aż - ogromna, wspaniała dwójka, para przyjaciół, którzy cały czas koncertują, nawet wspólnie, choćby w ostatnich dniach w Los Angeles. Obydwaj dobiegają osiemdziesiątki, a jak pisał Kasprowicz: „Mam lat osiemdziesiąt, dosyć, jak na człeka. Człek tu przeżył, a dyć nie wie, co go jeszcze czeka.” Życzę im zatem, żeby jutro było cały czas nieznane ("Tomorrow Never Knows"), ale wczoraj ("Yesterday") i dziś ("Day In The Life") nadal nie mogły się obyć bez ich muzyki.





Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Renault 0 0Łatwiejsza jazda. W tym modelu kierowca poczuje, co to znaczy prawdziwe wsparcie
0 0Królowa wróciła. Trzeci sezon "The Crown" udowadnia, że to wciąż serialowa śmietanka Netflixa
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno
POLECAMY 0 0Nigdy się nie poddawaj – tego uczy kino. 10 tytułów, które powinien zobaczyć każdy mężczyzna
Volvo 0 0W mieście Volvo ci więcej. Kompaktowy XC40 to SUV gotowy na (prawie) wszystko
0 0Modest Amaro otwiera kolejną restaurację. “To będzie coś unikalnego”
INNPoland 0 0Lodowe księżyce i wiatr słoneczny. Człowiek w kosmosie to nic przy tych misjach
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Twardy zawodnik" rezygnuje z prawyborów w PO. Kidawa-Błońska nie ma już rywali
0 0Kaczyński mówił o rodzinie, ale znów podzielił Polaków. "Marginalne zjawiska mają być normą"