O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Ikony nie chcą umrzeć

www.facebook.com/TheDeadDontDie/
www.facebook.com/TheDeadDontDie/
Jim Jarmusch jeszcze nigdy nie był tak krytyczny wobec popkultury, swojej ojczyzny, kondycji planety, człowieka i jego ikon, a przede wszystkim względem swoich popularnych kolegów z branży. Wszyscy ci, którzy odsądzają go za film o zombie od czci i wiary w filmowy kunszt, powinni oglądnąć obraz jeszcze raz. Z potrójnym przymrużeniem oka.



Jim Jarmusch jest jednym z moich filmowych bogów, a „Noc na Ziemi” umieszczam w pierwszej piątce arcydzieł filmowych. Oglądnąłem go zresztą w idealnym momencie, kiedy kształtowała się moja kinowa percepcja, czyli na początku lat ’90 ubiegłego wieku, i ten azymut postrzegania filmów mam w głowie do dziś. Uwielbiam tragikomedie tego reżysera, gdzie czynnik komiczny rozładowuje napięte sytuacje. Tak jest na pewno we wspomnianym arcydziele, ale także w większości jego filmów – m.in. „Poza prawem”, „Truposzu”, „Ghost Dog”, „Broken Flowers” czy „Tylko kochankowie przeżyją”. Mistrz ma swój kod, który przez dekady stał się dla jego wyznawców naturalnym językiem komunikacji. Dlatego dla wielu osób, zwłaszcza tych młodych, względnie niewymagających, będzie zupełnie niezrozumiały.

„Truposze nie umierają” | reż. Jim Jarmusch | 2019

Czy to dobry moment, żeby podsumowywać w jakimś wymiarze dorobek Jarmuscha? Każdy jego film jest dobry do tego celu, ale ten szczególnie, gdyż mistrz jedzie równo po ikonach popkultury, zwłaszcza filmowej, zjadliwie krytykuje obyczajowość i poglądy mieszkańców USA, a także nasze globalne zapędy do samozagłady. Jednak zdaje się pierwszy raz pojawia się w jego filmie coś na kształt krytyki sztuki filmowej jako takiej, coś, co w beletrystyce określa się mianem metaliteratury, czyli tutaj mówilibyśmy o „metafilmie”.
Ale od początku. Reżyser na osnowę swojej krytyki wybrał konwencję równie popularną, co prymitywną. Nie ma gorszego chłamu niż filmy o zombie. Jarmusch nie był w tym względzie pierwszy, wcześniej za tę stylizację brał się Robert Rodriguez w „Planet Terror”, ale on raczej bawił się konwencją niż odnosił, poza kilkoma wyjątkami dotyczącymi tajnych działań amerykańskiej armii, do komentowania rzeczywistości.

Pierwsza naprawdę zabawna komedia o zombie to „Wysyp żywych trupów” w reżyserii Edgara Wrighta. Film także nabija się z konwencji, ale mimo wartkiej i ciekawie skonstruowanej akcji nie wychodzi poza jej ramy, nie prowadzi nas do jakichś ważnych wniosków, no może poza zaskakującym zakończeniem. Ale to jest przede wszystkim komedia, a tę rolę film spełnia genialnie. Były też próby nadania konwencji poważniejszego tonu w „World War Z”, z udziałem Brada Pitta, gdzie pojawiły się robiące spore wrażenie apokaliptyczne sceny masowych ataków zombie. Ale końcówka nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z amerykańską wersją finału katastrofy.


Jim Jarmusch nie daje żadnej nadziei w swoim filmie, ale też nie o dosłowność i czystą rozrywkę w nim chodzi, a o zakomunikowanie ważkich lokalnie i globalnie tematów. Choć oczywiście wszystko okraszone jest sporą dawką komizmu, leniwych dialogów, wyrazistych postaci w arcyśmiesznych sytuacjach, dopracowanych w bardzo drobnych szczegółach. Na przykład Steve Buscemi nosi czapkę z napisem „Make America White Again”, a czarnoskóry RZA wcielił się w postać kuriera z firmy Wu-PS (vs. UPS) i prosi pracownika stacji, nazywanego pieszczotliwie Frodo, o podpis wymieniając symbolicznie Herbie’go Hancocka, zamiast Johna Hancocka, którego postać jest synonimem sygnowania dokumentów w USA.


Szczegóły scenariusza zostawmy jednak na seans. Ważniejsze jest to, komu tak naprawdę dowala Jim Jarmusch, bo robi to niewątpliwie i konsekwentnie. Na pewno krytykuje proces tworzenia i promocji filmów. Już w pierwszych scenach dowiadujemy się, dlaczego bohaterowie znają piosenkę „The Dead Don't Die”, jaka akurat leci w radiu. Bo przecież to piosenka tytułowa filmu – słyszymy. Okazuje się, że ten rzewny utwór country został zamówiony przez reżysera specjalnie do produkcji. Ten fakt zarówno dla Jarmuscha, a przede wszystkim RZA – twórcy muzyki, musiał być ogromnym mentalnym wyrzeczeniem. Ale prymitywności amerykańskiej prowincji nie da się pokazać bez muzyki country. Takich metafilmowych perełek jest znacznie więcej. W pewnym momencie Bill Murray pyta Adama Drivera dlaczego ten cały czas powtarza, że to wszystko źle się skończy, a on odpowiada mu, że czytał cały scenariusz filmu. Bill Murray jest wyraźnie zawiedziony, bo reżyser dał mu tylko fragmenty do przeczytania. Stwierdza nawet, że Jim zachował się jak ostatni …, po tym wszystkim co Murray dla niego zrobił jako aktor. I ta scena filmu jest dla mnie kluczowa w zakresie metafilmowości, bo pokazuje właśnie, w jaki sposób można wykorzystać pastisz do kreowania nowej rzeczywistości filmowej. I na dokładkę nie do końca wiemy czy panowie grają w tym momencie policjantów z Centerville czy siebie. Wspaniała baza do rozbudowanych dywagacji na ten temat.


Jednak bardziej w pięty pójdzie krytyka personalna, i to nie tylko ikonom kina, ale także nam, popcornowym pożeraczom owoców ich działań. Jej symbolicznym wyrazem jest fakt, że Adam Driver, znany powszechnie jako odtwórca roli Kylo Ren, nosi przy kluczykach do swojego smarta brelok w postaci Star Destroyera ze „Star Wars”. I to na pewno nie jest żaden hołd dla sagi George’a Lucasa, jak piszą niektórzy domorośli krytycy, ale właśnie przykład krytyki tego, gdzie ląduje nasza zbiorowa pamięć o „ważkich” faktach kulturowych. Znacznie poważniej obrywają jednak twórcy banalnych filmów sci-fi, a przede wszystkim Tarantino, którego heroiczną Czarną Mambę wprost parodiuje szkocka samurajka w genialnej interpretacji Tildy Swinton. Jarmusch wyśmiewa się z Hollywood, z prostactwa twórców i naiwności odbiorców, także tych bardzo młodych, dlatego włącza w ten proces Selenę Gomez, ich gwiazdkę, którą ja z kolei w ogóle pierwszy raz w życiu zobaczyłem.


Jeszcze raz powtórzę – to nie są hołdy, to jawna krytyka, na którą należy patrzeć wyłącznie przez pryzmat tytułu filmu „Dead Don't Die”. Chodzi o to, że po dekadach zabetonowania się na Himalajach popkultury najważniejsze ikony reżyserskie, aktorskie, ale także muzyczne, jakie w obrazie symbolizuje wymownie Iggy Pop – szczególnie zwracam tu uwagę na nazwisko pana Osterberga – przypominają właśnie kulturowych truposzy, którzy wielokrotnie się wyeksploatowali i nie chcą zejść ze sceny czy wyjść zza kamery, nie chcą symbolicznie umrzeć… Autoironia symbolicznie dotyczy także samego reżysera filmu.

W filmie obrywamy także my, to znaczy nasze przywiązanie do narzędzi, technologii, a zwłaszcza używek. Zombie nie szukają swoich bliskich i domów, potrzebują wi-fi w telefonach, chcą litrami pić kawę czy chardonnay. Są także przywiązani do swojej pozy czy wizerunku, która wyraża się głównie w niekonwencjonalnych strojach i fryzurach, w jakich zostali pochowani.

Jarmusch, jako wciąż najbardziej popularny reżyser offowy, tworzył i nadal kręci filmy w tle sukcesów „zapełniaczy multipleksów”, zwłaszcza korporacji wielkich reżyserów i aktorów, a także niezwykle wyczekiwanych filmów, choćby twórcy pomnikowego „Kill Billa”. Jego polemika z Hollywood w kontekście premiery najnowszego filmu Tarantino, który apologizuje w jakimś wymiarze tę sferę, jest nad wyraz symboliczna, ale także niezwykle odważna.

Na koniec pytanie retoryczne: kto za sto lat będzie wymieniany jako główny kreator kina przełomu XX i XXI wieku?

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Renault 0 0Łatwiejsza jazda. W tym modelu kierowca poczuje, co to znaczy prawdziwe wsparcie
0 0Królowa wróciła. Trzeci sezon "The Crown" udowadnia, że to wciąż serialowa śmietanka Netflixa
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno
POLECAMY 0 0Nigdy się nie poddawaj – tego uczy kino. 10 tytułów, które powinien zobaczyć każdy mężczyzna
Volvo 0 0W mieście Volvo ci więcej. Kompaktowy XC40 to SUV gotowy na (prawie) wszystko
0 0Modest Amaro otwiera kolejną restaurację. “To będzie coś unikalnego”
INNPoland 0 0Lodowe księżyce i wiatr słoneczny. Człowiek w kosmosie to nic przy tych misjach
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Twardy zawodnik" rezygnuje z prawyborów w PO. Kidawa-Błońska nie ma już rywali
0 0Kaczyński mówił o rodzinie, ale znów podzielił Polaków. "Marginalne zjawiska mają być normą"
DADHERO.PL 0 0"Dziwne spojrzenia, złośliwe komentarze..." Tak wygląda życie ojców samotnie wychowujących dzieci
0 0Przez dwa miesiące byłam streamerką gier. Oto, czego się nauczyłam