O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Cały Tarantino

Pulp Fiction - Making Of (https://www.youtube.com/watch?v=bL1xhXncEas)
Skoro Quentin zapowiada zakończenie kariery reżyserskiej, to ja ze swojej bardzo subiektywnej perspektywy – blisko 25 lat oglądania jego filmów - chciałbym telegraficznie podsumować przygodę z tym skrajnie charakternym twórcą i w tym kontekście ocenić, czy warto było zakłócać wieczny spokój Sharon Tate.



Mogę powiedzieć, że analogicznie jak Quentin uczył się rzemiosła na filmach z wypożyczalni wideo, w jakiej pracował, tak ja stawałem się kinomanem oglądając obrazy jego, ale także Polańskiego, Scorsese, Coppoli, Leone, Parkera, Cimino, Stone’a, Lyncha, Lumeta, De Palmy, Formana, które on także musiał oglądać, zanim napisał pierwszy oraz ostatni scenariusz.


Jako siedemnastolatek mniej więcej w tym samym czasie widziałem premierowych wówczas „Urodzonych morderców” Olivera Stone’a oraz wciąż jeszcze świeży „Pulp Fiction” wiadomo kogo. Pamiętam, że po seansie filmu z genialnymi kreacjami Juliette Lewis i Woody’ego Harrelsona jechałem sam autem w pierwszą długą podróż autostradą ze świeżo zrobionym prawem jazdy. Było dziwnie, tym bardziej, że najbliższy miesiąc miałem spędzić samotnie z dala od domu, w niewielkim zamku, poznając zagadnienia renowacji zabytków. Czyszcząc piaskowiec czy inną cegłę w głowie miałem ciągle sceny z obydwu filmów, a w uszach premierowy i równie szorstki jak obrazy materiał z „One Hot Minute” RHCP. Nie potrzebowałem żadnych dodatkowych bodźców czy tym bardziej substancji.


Obydwa filmy nieźle namieszały w głowach mojego pokolenia, były swego rodzaju manifestem kreatywności, nowej drogi kina, alternatywnego procesu twórczego, innowacyjnej płaszczyzny komunikacji z widzem, ale także piętnowały media, obyczajowość i jaskrawo eksponowały brutalność. A przypomnijmy działo się to kilka lat po poważnej politycznej, ekonomicznej, społecznej i kulturowej transformacji w Polsce. Nie chodzi mi tutaj o jakiś patos, a wyłącznie o skrajne nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu wszystkiego co zachodnie, anglojęzyczne, rockowe, jeansowe, pastelowe, piwne, papierosowe i ziołowe. To były lata, kiedy siłą rzeczy więcej czasu spędzało się z przyjaciółmi w kinach, względnie przy stosach kaset wideo, w pubach, parkach, piwnicach, a nie w wirtualnej rzeczywistości. Dlatego, podobnie jak Tarantino, taktuję całą sferę współczesnej komunikacji nie jako cel sam w sobie, ale środek do celu, jakim jest choćby przekazanie własnej wizji świata.

Dziś, po 25 latach, te dwa filmy nie są już dla mnie symetryczne. „Urodzeni mordercy” spłowieli, stali się wspomnieniem, choć Quentin maczał palce w scenariuszu. „Pulp Fiction” pozostał na cokole i będzie na nim jeszcze bardzo długo. Podobnie jak „Prawdziwy romans”, który powstał dzięki scenariuszowi reżysera „Wściekłych psów”. „Pulp Fiction” jest osobliwym manifestem reżysera, jego wiekopomnym resume i w zasadzie każdy kolejny film, włączając premierowy „Pewnego razu… w Hollywood”, będzie z tym opus magnum porównywany, zestawiany, zawsze w nieco lub dużo gorszym świetle. Nie mam ulubionego filmu Tarantino, bo taki bardzo trudno jednoznacznie wskazać. Powiem dyplomatycznie, jak pewien współpracownik The Beatles, kiedy zapytano go, którego członka zespołu najbardziej lubi – tego, z którym w danym momencie przebywam. Analogicznie lubię ten film reżysera, który właśnie oglądam.

Mam ogromny sentyment do obydwu części „Kill Billa”, które w papce różnych sag fantasy uchroniły dobry smak kina przed popcornowym tsunami i wyznaczyły nowe trendy w kinie, kulturze, a nawet w udźwiękowieniu telefonii komórkowej. Cenię bardzo „Bękarty wojny” za mistrzowskie dialogi, wybitne kreacje, ale przede wszystkim za scenariusz, na jaki nie porwał się żaden z kilkuset reżyserów robiących ważne filmy o drugiej wojnie światowej. Kocham „Jackie Brown” za groteskę, klimat, muzykę, Samuela z warkoczykiem, sflaczałego De Niro i wyrafinowaną Pam. Oddałbym wiele seansów w kinie, żeby ponownie móc pierwszy raz zobaczyć najefektywniejszą kraksę i nieuchronną zemstę pań w „Death Proof". Doceniam skrajnie antyrasistowski charakter "Django", zwłaszcza w relacjach dwóch głównych postaci, choć bardzo nie lubię prostackiej westernowej konwencji w kinie, dlatego ostatecznie nie przepadam za „Nienawistną ósemką”. Lubię "Wściekłe psy" za naturalność, męskie relacje, ciekawą interpretację słów piosenki „Like a Virgin”, choć szczerze odrzuca mnie brutalność sceny z okaleczanym policjantem.



Pewnego razu przy Cielo Drive

Kiedy dowiedziałem się o planach przeniesienia na ekran największej zbrodni wśród ludzi kina, jaką niewątpliwie była masakra dokonana przez bandę Mansona, to, znając historię w szczegółach z relacji Romana Polańskiego, ale także samych sprawców, byłem przeciwny zakłócaniu spokoju reżysera „Dziecka Rosemary” i jego rodziny. Poza tym szczerze wątpiłem, czy skrajnie brutalna konwencja filmów Tarantino będzie w stanie choćby w niewielkim stopniu odwzorować tamte tragiczne wydarzenia. Później przyszła jednak refleksja, że ta zbrodnia stała się wyrazistym symbolem, ważną cezurą nie tylko w historii kina i Los Angeles, ale także w globalnym wymiarze społecznym, obyczajowym, no i oczywiście medialnym. Podobnie jak zabójstwo Kennedy’ego czy Palme stały się symboliczne w wymiarze politycznym. Dlatego te zbrodnie należy rozpatrywać nie tylko jako prywatną tragedię jednostek, rodzin czy miejsc na mapie, ale trzeba na nie patrzeć z wielu perspektyw, żeby wyciągnąć odpowiednie wnioski. I to pierwszy ważny aspekt zrozumienia nowego filmu Tarantino. Drugim jest kino jako takie, czyli pokazanie rzemiosła od strony realizacji, ciężkiej pracy na planie, godzin spędzonych w wielkich przyczepach, często na trudnych rozmowach z reżyserem, scenarzystą, partnerami w danej scenie.

Kolejnym ważnym elementem filmu jest hołd oddany twórcom kina, a mianowicie symbolicznie Sergio Leone, zwłaszcza w kontekście tytułu i konwencji spaghetti westernów. Można by zapytać, dlaczego zamiast do „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” nie odniósł się jednak do aury „Dawno temu w Ameryce”? Przecież ostatni film Leone jest najważniejszym w jego dorobku. Przyczyna jest prozaiczna – konwencja gangsterska i jej arcydzieła, jakie wyszły choćby spod ręki Coppoli, miały premierę znacznie później. Cichym obiektem hołdowania jest również Clint Eastwood, którego biografia przypomina głównie we włoskim aspekcie losy Ricka Daltona. Swoją drogą mam ogromny szacunek dla Clinta za dłuuugą drogę, jaką przeszedł od aktorstwa ("Dobry, zły i brzydki", "Złoto dla zuchwałych", "Brudny Harry") do reżyserii ("Bez przebaczenia", "Gran Torino"). „Bijącym sercem” obrazu, jak to określił sam Tarantino, jest przede wszystkim Sharon Tate. Ciekawym i bardzo wymownym aspektem hołdu dla aktorki jest moment, kiedy postać kreowana przez Margot Robbie ogląda siebie, czyli prawdziwą Sharon Tate, w kinie. Podczas konferencji po premierze filmu w Cannes jedna z dziennikarek zarzuciła reżyserowi, że filmowa Tate nie wygłasza zbyt wielu kwestii w filmie, co jest prawdą, choć widzimy ją niemal tak często, jak głównych bohaterów. Tate jest niewątpliwie ozdobą filmu, ale na pewno nie maskotką, raczej główną i statyczną kariatydą na wielkiej fasadzie mozaikowego obrazu. Kiedy oglądamy „Nieustraszonych pogromców wampirów” możemy odnieść analogiczne wrażenie. Analizując dorobek aktorki, włączając fakt, że nie zagrała głównej roli w pomnikowym „Dziecku Rosemary”, choć spokojnie, vide Emmanuelle Seigner, mogła namówić na to męża i wygryźć Mię Farrow, to widz utwierdza się w przekonaniu, że w przypadku Tate nad zaletami aktorskimi przeważały jednak walory fizjonomiczne.

Wracając do bohatera ostatnich dni i jego przedostatniego, jak deklaruje, filmu. Klimatem, ukształtowaniem postaci, dynamiką czy konkretną muzyką nawiązuje on w „Pewnego razu…” do „Jackie Brown”, choć większość westernowych ujęć w oczywisty sposób odnosi się do jego dwóch poprzednich filmów, czyli „Django” i „Nienawistnej ósemki”, jednak w niezbyt apologizującym aspekcie, raczej przeciwnie – reżyser naśmiewa się z prostactwa spaghetti westernów, włączając ich twórców. W jakimś wymiarze „Pewnego razu…” koresponduje z „Bękartami wojny”, głównie w bardzo elastycznym podejściu do powszechnie znanych faktów. Ale zaczynając od tytułu film, poza wieloma ujętymi w nim autentycznymi postaciami, jest przede wszystkim fikcją, własną wariacją na ważny globalnie temat, zwłaszcza w kontekście rocznicy. Jedyną osobą, która ma pełne prawo się za to obrazić jest Roman Polański. Choć gdyby ten film w znaczący sposób naruszał dobre imię kogokolwiek, to żaden szanujący się aktor - Pacino, Pitt, Di Caprio - nie wziąłby w nim udziału.

Niewątpliwe atuty „Pewnego razu… w Hollywood” to aktorstwo, wyraziste i soczyste postaci, będące podporą większości scen, świetne ujęcia z tylnych siedzeń aut, no i oczywiście klimat końcówki lat 60. ubiegłego wieku misternie zbudowany przez adekwatną muzykę, neony, topowe marki aut, charakterystyczne ciuchy. Największym mankamentem filmu jest montaż, który dałby ogromne pole do popisu dla nieodżałowanej Sally Menke. Akcja rozkręca się, poznajemy i rozpoznajemy bohaterów, po czym jest stagnacja, która nie wynika jednak wyłącznie z przydługich dialogów, mielizn w scenariuszu, ale właśnie z trochę chaotycznego montażu, który jest w paru momentach mało tarantinowski. Kiedy wszystko wraca na właściwy tor w kultowej, jak pokaże czas, scenie z Bruce’m Lee, to później znowu dynamika wyhamowuje. Przyczyną może być także fakt, że Tarantino pierwszy raz założył sobie sam deadline związany z dokładną rocznicą śmierci Tate. W każdej dziedzinie funkcjonują terminy końcowe, ale w momencie kiedy jest on sztywny, nieprzekraczalny pod żadnym pozorem, to takie ograniczenie kłóci się z kreacją. Drugi problematyczny aspekt, który mógł mieć karkołomny wpływ na realizację filmu, to spore nagromadzenie autentycznych postaci, jakie choćby symbolicznie pojawiają się w filmie i wymagają odpowiedniej atencji, nie tylko ze względów estetycznych, ale także prawnych.

Sumując jednak każdą ze 160 minut film jest intrygujący, wciągający, i, co najważniejsze, ma niemal wszystkie ważne cechy dzieł Tarantino, włączając przede wszystkim kluczowy element zaskoczenia, który początkowo będzie dla wielu widzów trudny do ogarnięcia. Tarantino w tej przypowieści o Hollywood, na wzór pełnokrwistych i twardych bohaterów z większości swoich filmów, okazał się mścicielem, ostatnim sprawiedliwym w Dolinie Śmierci, w jakiej próbowała się schronić banda Mansona.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Duka 0 0Szwedzki przepis na spotkanie. “Krog” to kolejne modne słowo ze Skandynawii
Duracell 0 0Zabawki z prawdziwą mocą. Służą nie tylko do zabawy
0 0Zebrali pół miliona dla okradzionej 99-latki. Teraz czytają, że się "wzbogacili"
0 0"Kapelani zamiast personelu". Ten lekarz stworzył grupę, która tropi patologie w szpitalach

TYLKO W NATEMAT

O TYM SIĘ MÓWI 0 0O co chodzi z #SilniRazem? Atak PiS jeszcze bardziej wypromował twitterową akcję
WYWIAD 0 0Posłanka PO "dopadła" kolejnego hejtera z internetu. Tłumaczy, dlaczego im nie odpuści
WYWIAD 0 0"Upadek poczucia humoru". Andrzej Mleczko odpowiada na awanturę wokół ostatniego rysunku
0 0Rodzicu, takiej szkoły dla twojego dziecka chce PiS. Przeczytałam nowy program partii
0 0Kaczyński cieszy się, że gonimy Niemców. Ale powołuje się na raport, którego nie zrozumiał