Julia Kent
Julia Kent fot. Marcin Ponikowski

Czy Satie, Stockhausen, Cage, Glass i Eno byliby dzisiaj zadowoleni z efektów swoich małych i większych muzycznych rewolucji? To zależy…

REKLAMA
Miałem bardzo długą przerwę w aktywnym słuchaniu ambientu, a w zasadzie tego, co było tym terminem określane blisko dwadzieścia lat temu. Realna weryfikacja kondycji tej specyficznej stylistyki była możliwa na X Międzynarodowym Festiwalu Ambientalnym (23-24.11.2019, Wrocławski Klub Formaty), który szczyci się mianem jednej z najważniejszych imprez tego typu w Europie.
logo
Vojto Monteur | X Festiwal Ambientalny fot. Marcin Ponikowski

Otoczenie, czyli literalnie ambient, jest w tym przypadku niemal równie ważne jak muzyka. Artyści są wyalienowani, prawie ukryci, wizualnie praktycznie anonimowi. Nawet schodząc ze sceny są oszczędni w entuzjazmie wobec wiwatującej publiki. Może publiczność w ogóle nie powinna klaskać? Tylko wyrażać aprobatę poprzez dźwięki bliskie wokalnym popisom tybetańskich mnichów. Dobrze, że ambitni ambientaliści nie bawią się w The Residents, bo ciężko byłoby ich w ogóle odróżnić. Tym bardziej po utworach, pozbawionych wielu ważnych cech konwencjonalnych kompozycji. Pewnie dlatego zostają jednak przy swoich danych personalnych, względnie pseudonimach.
logo
Steve Hauschildt & Sabrina Ratté | X Festiwal Ambientalny fot. Marcin Ponikowski

Dzień pierwszy. Mrok, prawie ciemność wokół siebie widzę. Kolorowe animacje w korelacji z muzyką przenoszą słuchacza w odmienne stany świadomości. Przynajmniej taki jest plan. A gdzie w tym całym show jest muzyka? Główne założenia Eno oraz reszty ojców i matek raczej się nie zmieniły. Nadal są to rozciągnięte do granic możliwości plamy dźwiękowe, ozdobione gdzieniegdzie jakimś wyrazistszym kleksem. Jedne są mniej, inne bardziej intensywne, czasem do bólu ucha, ale dramaturgia nie jest jakaś specjalnie dynamiczna. Może lepiej, że większość słuchaczy leży, bo do tej muzyki stoi się raczej średnio. Siedzi też tak sobie. W pewnym momencie nawet dźwiękowiec miał kłopoty z utrzymaniem uwagi, a w zasadzie głowy w pionie. Gdybym ja się tak mógł odprężyć (a nie mogłem, bo robiłem zdjęcia), to ciekawe, co by mi się śniło. Może przestrzeń „Music For Airports”, a najlepiej samo „Koyaanisqatsi”…
logo
Christina Vantzou | X Festiwal Ambientalny fot. Marcin Ponikowski

W sumie dobrze, że nawiązuję do tego arcydzieła, bo wśród tych wszystkich kolorowych animacji, które pomagały jednak trzymać głowę w pionie, nie pojawiła się ani jedna historia z jakimś ciekawym przesłaniem. Ja rozumiem sztukę awangardową, bywało się na WroArt i kilku innych festiwalach multimedialnych, ale skoro tandem Reggio & Glass, z artystycznym ego do dziesiątej potęgi, mogli razem pokazać historię z morałem, to młodsi koledzy też mogą… A tu główna gwiazda wieczoru jakieś ładne kwiatki pokazuje. Miałem być muchą? No to nie załapałem.
logo
Birds of Passage | X Festiwal Ambientalny fot. Marcin Ponikowski

Ale wróćmy jednak do muzyki, bo w końcu ona jest głównym bohaterem każdego koncertu. I tu przejdę od razu do konkretów, bo organoleptycznie najbardziej podobał mi się pierwszego dnia Vojto Monteur (nasi górą!) oraz drugiego Julia Kent. Czyli jednak instrumentaliści – rzemieślnicy w warsztacie. Vojto znalazł równowagę pomiędzy tym, co syntetycznie plamiste i gitarowo ciekawe brzmieniowo. Julia doskonale władała smyczkiem wiolonczeli nakładając kolejne ścieżki na delay (choć pewnie mogłaby podpatrzeć jeszcze kilka patentów u Gaelynn Lea).
logo
Julia Kent | X Międzynarodowy Festiwal Ambientalny fot. Marcin Ponikowski

Reszta artystów grała proporcjonalnie do wizualizacji. To znaczy jak komputery były głównym narzędziem muzyków, to animacja lub film miały za zadanie przyciągać oko na równi z uchem. Jak na scenie pojawiały się jednak konwencjonalne instrumenty, głównie drugiego dnia, to wizualizacja była statyczna, oszczędna, ambientalna właśnie. Tak, jakby to twórca i tworzywo były jednak najważniejsze na koncercie.
I generalnie z tą ostatnią tezą się zgadzam, niezależnie czy to ambient czy nujazz. Wyjdę zapewne na muzycznego tradycjonalistę, ortodoksa, pierdziela co musi mieć na scenie instrument i wirtuoza od niego. Ale tak już mam. Nie będę udawał, że każda forma wykonawcza jest przeze mnie akceptowana. Rozumiem, że muzyka jest wszędzie i jest wszystkim, ale niekoniecznie musi mieć to zawsze formę zmaterializowaną w postaci artysty, nagrań i koncertów.
W odpowiedzi na ewentualne gromy z każdej strony opowiem krótką historię z życia Pink Floyd. Otóż po wielkim sukcesie "Dark Side of the Moon" grupa postanowiła nagrać kolejny album pt. "Household Objects" wyłącznie przy użyciu sprzętu domowego. Zarzucili jednak ten pomysł, choć część odgłosów wykorzystali na kolejnych albumach. Eksplorowali odważnie dźwiękowy świat, ale znali mimo wszystko umiar.