nytimes.com | pinterest.com

Kiedy 15 marca 2017 roku zmarł jeden z najważniejszych polskich tekściarzy, w ciągu kilku minut w mojej głowie powstało parę strof. Zapamiętałem je i przepisałem kolejnego dnia rano na elektroniczną kartkę papieru. A brzmią one tak...

REKLAMA
Żegnam się z wami codziennie, od sekundy, kiedy się przywitałem.
Żegnam się z wami niezmiennie, choć nie chcę odchodzić wcale.
Żegnam się wczoraj, dziś i jutro, w każdej godzinie, minucie, chwili.
Żegnam się smutny, wesoły, wściekły, bo chcę, byście zawsze byli.
Żegnam się z wielkim kinem, autobiografiami i moją muzyką czarną.
Żegnam się powoli. Dostojnie. Cierpliwie. Sącząc nanosekundę każdą.
I z perspektywy upływających nanosekund, kolejnych śmierci moich idoli, z Januszem Głowackim na czele, uświadamiam sobie koniec pewnej epoki, zmierzch bogów mojej mitologii. Nieuchronne ludzkie, czyli niestety śmiertelne, odmeldowanie się twórców mojego kulturowego paradygmatu. On ma nie tylko wymiar literacki czy muzyczny, ale także wizualny. I nim się dziś tutaj symbolicznie zajmę.
W ostatnią sobotę wybrałem się na seans z „Irlandczykiem”, ostatnim filmem Martina Scorsese. Ostatnim nie tylko chronologicznie, ale zapewne w ogóle z taką konstelacją zjawiskowych artystów na pierwszym planie. Na początku było mi nieswojo, czułem się, jakby Robert De Niro i Joe Pesci założyli na twarze maski, literalnie plastikowe karykatury prezydenckie, jakich pełno w amerykańskich sklepikach. Staruszkowie byli nie tylko nieudolnie odświeżeni na policzkach i skroniach, ale nie radzili sobie także ze zwykłymi czynnościami fizycznymi, które były spowolnione, sztuczne. Podobnie jak ich ojcowskie relacje z małymi dziećmi. Nie pomogło zapełnienie kadrów grubasami i brzydalami, którzy, w zestawieniu z głównymi bohaterami, mieli wypaść jeszcze paskudniej. A wystarczyło wziąć adekwatnych aktorów do ról młodych wersji postaci, podobnie jak to miało miejsce w „Chłopcach z ferajny”. Przecież i tak większość filmu byłaby z wielkimi aktorami w rolach głównych. Doskonale rozumiem chęć bycia wiernym postaciom, ale nie za cenę totalnej nienaturalności, naciągniętej niczym skóra na twarzach tych młodych staruszków…
I to tyle poważnej krytyki. Tylko i aż tyle. Bo reżyser opowiedział kolejny raz wciągającą historię, jak zwykle z szerokim i precyzyjnie zbudowanym kontekstem - film trwa 3,5 godziny. Ale bez tła, motywów, zobrazowania relacji międzyludzkich końcówka filmu nie miałaby najmniejszego sensu. Scorsese wiedział to zawsze, podobnie jak jego wierni widzowie. W trakcie filmu kilka par wyszło z sali, włączając ludzi, którzy siedzieli tuż obok nas. Ramię w ramię. Najpierw przyszli spóźnieni, roszczeniowi co do jednego ze swoich miejsc, na jakim położyłem nasze grube w kontekście pory roku ciuchy. Pani musiała usiąść tuż obok, ze swoimi ciężkimi ubraniami też na kolanach, mimo, że wokół było sporo wolnych miejsc. Zakłócili mi ważny początek filmu. Siedziałem pod stertą ciuchów, ale odnalazłem się, oglądałem, bo film jest najważniejszą ze sztuk. I po godzinie pani z panem wyszła, jakby nigdy nic... Pewnie nie do końca wiedzieli, po co tu w ogóle przyszli… Nie piszę o tym, bo mnie wkurzyli przysiadaniem się, nie jestem drobiazgowy. Piszę o percepcji młodego pokolenia, które przychodzi na film Martina Scorsese jak na kolejny POPcornowy chłam. Nie chcę generalizować, ale ci, którzy wychodzili z kina, a było to kilka par, nie miało więcej niż 30 lat.
Wracając do filmu, bez wchodzenia w kluczowe dla przyszłych widzów szczegóły, jest on jak dużo starszy brat "Chłopców z ferajny". Czyli stetryczały, czasem sflaczały, ale w jakiś sposób poczciwy, dojrzały, mądry. To są oczywiście dwie różne historie, choć mają sporo wspólnego, włączając losy głównego bohatera. Poczciwy Frank Sheeran nie jest wychowankiem mafii, jakim na pewno jest młodziutki Henry Hill. Frank świadomie i bez skrupułów garnie się do mafii, stosując najpierw dobrze znaną metodę: przez żołądek do serca. Jednak analogii z „Chłopcami…” jest sporo, włączając sposób narracji. Na pewno więcej niż z „Infiltracją” czy „Kasynem”.
Frank Sheeran, fizjonomicznie i psychicznie człowiek niemal ze stali, staje przed adekwatnymi dylematami moralnymi. Jeżeli odnieść się do kategorii bokserskich, liczonych według wagi zawodnika, to o ile Henry Hill startował w „Chłopcach z ferajny” w kategorii półciężkiej, to Frank walczy zdecydowanie w wadze superciężkiej. Oczywiście nie jako bokser, ale człowiek, mąż i ojciec.
O ile postać Sharon Tate była bijącym sercem ostatniego filmu Tarantino, o tyle Peggy Sheeran, córka głównego bohatera „Irlandczyka”, jest w tym obrazie pełnym wyrzutów sumieniem ojca. Anna Paquin, filmowa Peggy, analogicznie jak Margot Robbie jest niezwykle oszczędna w słowa. Czasami znacznie więcej można powiedzieć milcząc na ekranie…
Wracając do pożegnań, które wskazałem jako główny temat tego wpisu. Jest taki bardzo wymowny moment w „Irlandczyku”, kiedy Jimmy Hoffa, postać kreowana przez Ala Pacino, życzliwie i wzruszająco dziękuje Frankowi Sheeranowi, którego gra Robert De Niro. Abstrahując od samego filmu, postaci, kontekstu, jest to piękna scena, która w bardzo wymowny sposób wieńczy wspólną drogę tych wielkich aktorów. Życzę im oczywiście jeszcze stu takich ról. Co najmniej! Ale nie oszukujmy się, szanse na to, że panowie jeszcze razem zagrają są bardzo nikłe… A nawet jeżeli, to pewnie nie w takiej produkcji i stylu, którego byli świadomymi twórcami i kreatorami od dziesięcioleci. Razem zagrali w genialnej drugiej części „Ojca Chrzestnego”, wyrafinowanej „Gorączce” i takich sobie „Zawodowcach”. Osobno występowali w najważniejszych filmach gangsterskich od początku lat ’70 ubiegłego wieku do dziś! Wymienię choćby „Dawno temu w Ameryce”, „Nietykalni”, „Prawo Bronxu”, „Człowiek z blizną”, „Życie Carlita”, „Jackie Brown”, „Ronin”, „Depresja gangstera”. Ale przecież grali też zwykłych ludzi. Młodych i zagubionych („Taksówkarz”, „Łowca jeleni”, „Narkomani”, „Pieskie popołudnie”), wiernych lub niewiernych ideałom („Prawdziwe wyznania”, „Misja”, „Uśpieni”, „Most przeznaczenia”, „Zapach kobiety”, „Informator”), zakochanych („Zakochać się”, „Frankie i Johnny”, „Dziewczyna gangstera”), swoistych demiurgów („Jestem Bogiem”, „Pewnego razu... w Hollywood”), dobrych i złych gliniarzy („Serpico”, „Bezsenność”), niezwykłych złodziei („Rozgrywka”), poważnie chorych („Przebudzenia”, „Phil Spector”), bezwzględnych potworów („Chłopięcy świat”, „Frankenstein”), poczciwych domowników („Poradnik pozytywnego myślenia”), a nawet najważniejszego ze wszystkich demonów („Harry Angel”, „Adwokat diabła”). Wiele z tych filmów powstało dzięki Martinowi Scorsese i Francisowi Fordowi Coppoli, który nota bene wprowadzał twórcę „Chłopców z ferajny” do wielkiego kina.
Symbolicznie dziękuję im wszystkim za WIELKIE EMOCJE oraz DOŻYWOTNIE WRAŻENIA. Zwłaszcza ciekawość, która zżera każdego widza na początku wybitnego filmu. Co dalej? Jak to się zakończy? Oby nie zakończyło się nigdy…

Przy okazji. Tuż przed początkiem seansu "Irlandczyka" reklamowany był film „Dwóch papieży” z udziałem Anthony’ego Hopkinsa. Tak sobie pomyślałem, że gdyby główni bohaterowie „Irlandczyka” włożyli na chwilę kardynalskie szaty, to w sumie niewiele by to zmieniło w mentalnym, czy raczej merkantylnym odbiorze tych dwóch potencjalnie skrajnie różnych grup interesów. Taki bardzo symboliczny i przewrotny znak czasu…
Więcej na niemal wszystkie powyższe tematy w powieści „BUfffO”, która powinna ujrzeć światło dzienne w przyszłym, 2020 roku… Welcome to my world :)