
Od 4 lutego nie opublikowałem w blogu ani słowa... sylaby... choćby głoski... Czy dopadła mnie niemoc? Horrendalna chandra hamująca chaos twórczy? A może strach przed koronawirusem sparaliżował rękę lewą, bliższą sercu, a ta ostrzegła prawą? I razem złapały mnie mocno za głowę? Nic z tych rzeczy. Nie mogę żyć bez pisania! Od kilkudziesięciu lat. Od zawsze. Piszę cały czas. Na okrągło... Aż w końcu napisałem półtorej powieści…
REKLAMA
Sztuka czytania, czyli umiejętność improwizacji
Książki są przypisami do naszej rzeczywistości. Stanowią lapidarne streszczenie wszystkiego, co ma dla nas wartość intelektualną. Literatura tym różni się od muzyki, filmu, malarstwa, a zwłaszcza multimediów, że sami musimy tworzyć w głowie realny świat bohaterów, zdarzeń, szczegółów. Nawet jeżeli te elementy są opisane z aptekarską dokładnością, to i tak własnoręcznie dokonujemy ich myślowej transformacji. Najczęściej budujemy je z własnych wspomnień, obrazów wyciągniętych prosto z głowy. Ale zmuszeni jesteśmy także do ukształtowania czegoś nowego, nieokreślonego, niespodziewanego. Nasz umysł zaczyna improwizować! Czytamy, ale kombinujemy, wymyślamy, fotografujemy oczami. Niby wszystko jest napisane, ale to my wiemy najlepiej! Czarny skórzany płaszcz nie jest taki całkiem czarny, trochę się błyszczy. Stylowy gramofon art déco powinien być ze szkła. Wyłącznie! Oczy kobiety, która zaczyna się zakochiwać, to oczy mojej dziewczyny, żony, a może matki. Narodziny nie cieszą wszystkich. Śmierć nie smuci każdego.
Przecież wszyscy czytamy o tym samym, współdzielimy tych samych bohaterów, wydarzenia, kolory, słowa. Ale każdy z nas czyta tak naprawdę trochę inną wersję książki. Bardziej naszą, okiełznaną własnymi zmysłami, granicami jedynej słusznej wyobraźni. A na koniec wyciągamy swoje wnioski, kłócimy się z innymi o to, co najważniejsze, kluczowe, przełomowe w danym tekście. I to jest właśnie ogromnie fascynujące, ale jednocześnie najbardziej wymagające w literaturze. Indywidualna percepcja…
Inne dziedziny sztuki nie oczekują od nas aż tak wielkiego poświęcenia, sporego wysiłku intelektualnego, żeby je objąć zmysłami. Muzyka, moja największa miłość, która wspaniale osadza cezury życia na konkretnych utworach, to głównie gra na emocjach, wrażeniach, czuciu i wierze. Może być odtwarzana i słuchana bez potrzeby rozumienia zapisu nutowego, bez analizy wartości rytmicznych nut, oznaczania poszczególnych dźwięków na pięciolinii. Bez wiedzy o graficznej postaci klucza basowego, pauzy ćwierćnutowej czy trójdźwięku. Mało tego. Muzykiem, nawet wybitnym, może być człowiek, który o teorii muzyki nie wie prawie nic. Historia zna takie przypadki. Choćby Jimi Hendrix, który uczestnicząc w sesji z Milesem Davisem niewiele rozumiał z partytur przed sobą. Swoją drogą ogromna wiekopomna szkoda, że to spotkanie nie przetrwało w postaci albumu muzycznego…
Do subiektywnej oceny obrazu czy zdjęcia nie jest wymagana drobiazgowa wiedza z obszaru historii sztuki. Wystarczy, że coś nam się podoba albo nie. Patrzymy i już wiemy. Nic nie widzimy, to nie wnikamy, nie analizujemy. Nawet najbardziej awangardowi twórcy, oceniając skrajanie abstrakcyjne dzieła swoich kolegów, są trochę bezsilni bez kontekstu. Zwłaszcza kiedy nie widzą na obrazie podpisu, opisu, daty.
Literatura wymaga od nas bezwzględnej znajomości kodu, pełnej wiedzy o dźwiękowej i graficznej postaci liter i cyfr. Ich kształtów i wymowy uczymy się od pierwszych lat życia, z czasem zrastamy się z nimi. Mówienie, a następnie czytanie i pisanie, to czynności i umiejętności kształtowane oraz praktykowane przez dziesięciolecia. Miną tysiące godzin obcowania z mową, dźwiękiem, zapisem graficznym liter, słów, zdań, zanim dziecko przeczyta pierwszą stronę tekstu. I kolejne hektolitry czasu, zanim napisze własnoręcznie pierwszą stronę tekstu. To umysłowa sztuka porównywalna chyba tylko z układaniem trudnej do ogarnięcia wzrokiem mozaiki z bardzo malutkich kamyczków na rozległym tarasie apartamentu w Lindos. Mimo ogromnego wysiłku szanujemy i kultywujemy tę sztukę niezależnie od płci, poglądów, szerokości i długości geograficznej, a nawet zdolności intelektualnych. Jeżeli ktoś jednak nie zna kodu, to literatura nie będzie dla niego istniała. Ale to dopiero pierwszy warunek jej zrozumienia! Odczytywania ukrytych intencji. W całym procesie twórczym i odbiorczym nie jest ważne to, o czym czytamy, ale to, co z tej historii weźmiemy podskórnie dla siebie…
Sztuka pisania, czyli umiejętność syntetyzowania
Od wielu lat nie przeczytałem ani jednej nowej powieści. A czytam codziennie, czasem po kilka książek równocześnie… Unikam mainstreamu, głównie wszechobecnych thrillerów, literalnie mrożących percepcję twórców, a docelowo odbiorców, na naprawdę ważne tematy… Nic tak nie ożywia akcji jak trup! Ale pod stosem zmyślnie poćwiartowanych ciał zazwyczaj leży ostatnia strona książki…
Wymyśliłem kiedyś na własny użytek pojęcie „jowialnego realizmu”, a więc nurtu literackiego, do którego zaliczam moich literackich bogów: Głowackiego, Hłaskę, Mrożka, Waligórskiego i Stasiuka. Najkrócej mówiąc panowie nie owijają życia w bawełnę. Często ponury obraz ludzkiej kondycji czy gorycz doświadczeń swoich bohaterów równoważą salwami niezwykle inteligentnego humoru. I ta koncepcja była mi bardzo bliska, kiedy konstruowałem pierwsze zdania i rozdziały mojej opowieści. Jeszcze na studiach, czyli dawno temu. Jeden z bohaterów mojej książki mówi: „Dobrą opowieść gwarantuje jedynie skomplikowany życiorys lub równie bogata wyobraźnia”. Wiele scen, postaci, słów, które są w tekście miało swoje odzwierciedlenie w realu. Sporo sformułowań, jakie pojawiają się w ustach bohaterów, przyniosło mi życie. Gros wymyśliłem sam. Lecem nie jestem, ale wiem, że potrafię w lapidarny sposób ogarnąć złożone sprawy.
Punktem wyjścia do „BUfffO”, mojej pierwszej powieści, były arcydzieła kina gangsterskiego. Gruba krecha a la Leone, Coppola, Scorsese i Tarantino. Konwencja niezbędna po to, żeby od razu wprowadzić czytelnika w świat Trójni, w jej hiperbolę. Pierwsza połowa książki to hołd dla wielkich filmów o mafii - wspaniałej całości literackiej, kinowej i muzycznej. Dlatego właśnie Trójnia niemal ikonicznie traktuje tych koryfeuszy - jako największą inspirację życiową, a dalej zawodową.
Rzeczeni trzej główni bohaterowie "BUfffO", wypełzając z najciemniejszego z rynsztoków włażą buciorami po trupach do wymarzonych ról, projekcji pragnień, oczekiwań, ambicji. Niewypracowanych samodzielnie, ale podyktowanych im najpierw przez środowisko, w jakim wzrastali. A później podanych jako antidotum na niczyizm przez popkulturę. Ironia polega jednak na tym, że przez sporą część życia odczytują te sygnały literalnie, wprost, powierzchownie. Nie potrafią czytać między wierszami, podskórnie. I dopiero fizyczne i mentalne wstrząsy powodują, że jeden z nich się budzi. Wyciąga z pleców przewody niczym Neo lub więźniowie „Cube’a”, otwierający kolejne sześciany. I już wie, w jakiej roli tkwił przez dekady.
Gangsterka jest zatem ogromnych rozmiarów, ale tylko maską, a w zasadzie mordą, za którą ukrywają się…
