
To, na całe szczęście, nie była jazzowa jesień średniowiecza. Większość ważnych dla mnie wydarzeń się odbyła. W okrojonej, minimalistycznej wersji, z maską na twarzy, z czerwoną lampką w głowie. Ale muzycy wznieśli się ponad wyżyny immunologii i dali z siebie wszystko. Oczywiście w bezpiecznej odległości!
REKLAMA
ERRATA ;)
Jak to? Przecież jesień się zaczęła, a ty właśnie ją kończysz? (ktoś zapyta)
Nie! (odpowiadam) Zaczynam eksperymentalny artykuł, który będę kontynuował wpisami po każdym z wydarzeń, na jakie uda mi się dotrzeć w tych trudnych dla muzyki na żywo czasach. Trzymajcie kciuki!
Nie! (odpowiadam) Zaczynam eksperymentalny artykuł, który będę kontynuował wpisami po każdym z wydarzeń, na jakie uda mi się dotrzeć w tych trudnych dla muzyki na żywo czasach. Trzymajcie kciuki!
Eklektik Session 2020: BOXED | 16-18.10
Zaczęło się od wystawy Empathic Design, czyli empatycznej wizji użytkowej przyszłości. Lampka przyjemnie mrucząca na dziecko, las w słoiku do wąchania w razie przerw w dostawie tlenu, krzesło zrzucające pracoholika po 8 h oraz flamaster piszący „don’t waste time” i gąbka zmazująca napis. Przechodzę zatem do rzeczy!
Tegoroczna edycja Eklektik Session mieniła się niemal wszystkimi kolorami afrobeat. Z perspektywy poprzednich edycji mogła się wydawać najbardziej masowa, ludyczna, jowialna. Ale taka nie była. Choć dźwięki posiadały moc tysięcy pastelowych magnesów, to koncerty miały wymiar kameralny, indywidualny, subtelny w perspektywie odbiorczej. Ale nie był to mankament, a już na pewno nie pretekst dla artystów, żeby spuścić z tonu. Wręcz odwrotnie. Ogromny głód żywych i pstrokatych dźwięków spowodował, że zarówno artyści, jak i słuchacze włożyli całą energię w przedsięwzięcie.
Nie było najważniejsze czy akurat grała gwiazda, czy prawdę mówiąc istna kometa afrobeatu (choć grała), i czy miała świetnych towarzyszy improwizowanej broni (a zaiste miała). Kluczowa była atmosfera święta w tych dalekich od optymizmu czasach. Radek Bond Bednarz, Dele Sosimi, Ekow Alabi, José Manuel Albán Juárez i Karol Gola zamienili na kilka dni ponury i deszczowy Wrocław w ciepłą i wielokolorową wysepkę, wyciętą na chwilkę z Czarnego Lądu jednak!
Jazztopad Festival | 13 –22.11.2020
Dominik Wania: Lonely Shadows – premiera płyty
Joanna Duda Trio
Resina: Nieme/Speechless
Joanna Duda Trio
Resina: Nieme/Speechless
___________________________________
Odkryłem ich na bandcamp.com, gdzie orbituje większość nujazzowych perełek. Najpierw myślałem, że Londyn, może piwnica NY lub post Chicago. Ale patrzę na dane personalne. Ziemowit Klimek – bass, Wojtek Warmijak – drums, Tomir Śpiołek – piano. Już wiedziałem, że to Słowianie. Ale sam Gdańsk nie do końca mnie przekonał. Ziomek gra ze Śpiołkiem… To muszą być jakieś elfy!
I faktycznie, kiedy weszliśmy do wrocławskiego klubu Nietota, gdzie miał się odbyć premierowy koncert formacji – pierwszy we Wro i ze świeżutkim drugim albumem – to na widowni siedziały same krasnoludy. W czapkach, z długimi brodami, w obwisłych kolorowych ciuchach. Plus dizajn Nietoty – istny czarodziejski las. Ja też wszedłem z brodą, Mati, mój syn, z przydługimi włosami godnymi przyszłego czarodzieja z Oz.
Odpalili statek kosmiczny. Lecieliśmy z nimi w różne rejony dźwiękowego wszechświata. Bliskie – charakterystyczne arpeggia fortepianowe. Dalekie – ekwilibrystyczne popisy na moogu. Chłopcy – muszę tak napisać, ze względu na dużą różnicę wieku – są świetnie zgrani, intuicyjnie wręcz. Ja wiem, że można mieć różne rzeczy przećwiczone, ale sztuka synchronizacji to jedno z najgłębszych wtajemniczeń w dziedzinie muzyki. I tu przypomniał mi się zdaje się pierwszy wrocławski koncert Ścianki sprzed 20 lat, kiedy grali materiał z rewolucyjnego wówczas albumu – nomen omen – „Statek kosmiczny”. To była muzyka nie do zagrania na żywo. A jednak to zrobili! Tutaj miałem podobne odczucia. Obydwa zespoły pochodzą z Trójmiasta. Stamtąd stale wieje progresywny wiatr i nikt tego nie zmieni! No chyba, że Mati :)
JnO | 9-10.10.2020
Zaczęło się od Jazzu nad Odrą, a raczej jego pudełkowej, minimalistycznej wersji. Literalnie JnO. Nie przyjechały Pingwiny. Nie usłyszałem wszystkich późnowieczornych koncertów, na jakie ostrzyłem uszy od miesięcy. Elec-Tri-City. Mariusz Bogdanowicz Sextet. Emil Miszk & The Sonic Syndicate... Qrwa!…
Na otarcie uszu został mi Jazz Forum Talents, bo "Voices" Wojtasika słyszałem już wcześniej (zrobiłem fotki z tej okazji). I ten dźwiękowy plaster okazał się lekiem na większość pandemicznego zła uderzającego w JnO. Na chwilę zapomniałem o tym, że Pingwiny nie przyjechały… A niech sobie siedzą na zimnej wyspie Manchester! Do kameralnego Impartu na chwilę zawitało rodzime Snarky Puppy. Też z różnych muzycznych stanów Polski. I choć mniej wszechświatowe, zerosyntetyczne, to na pewno równie żywiołowe, zgrane, radosne. Skrzypce, gitara, saksofon, harmonijka, fortepian, bas, perkusja. Młodzi liderzy w jazzowym rzemiośle grali po kolei własne utwory. Z werwą, refleksją, agresywnością, groove’m. Aż wszystkie kończyny same chodziły, jak nie przymierzając smukłe nogi Kasi Pietrzko. A ta „gwiazda”, jak mówili o niej koledzy, tym razem ograniczyła się głównie do rytmicznego wspierania solowych partii mniej globalnych muzyków. Świetna dziewczyna!
Kuba Mizeracki. Gdyby Frank Zappa żył, to pewnie dałby mu swoją gitarę w The Mothers of Invention. Głównie dlatego, że ten chłopak jest szczery do bólu, nie tylko muzycznie. Zainspirował go serial w HBO, który oglądał w czasie wiosennej przerwy pandemicznej. Ani jednego górnolotnego słowa o temacie Angelo Badalamenti. „Kto zabił Laurę Palmer?”. Jedziemy.
Świetny koncert! Najlepszy na tej edycji festiwalu. Wiem to a priori! Później był Lechu, ale nie chciało mi się czekać pół godziny na niego. Wolałem posiedzieć z rodzinką w domku, przy kominku zbudowanym z kolumn marki Imago. Zresztą on nigdy na mnie nie czekał! Moż(dż)e(r) kiedyś oglądnę to trio online…
