Mati, czyli Smiałek, 2014 r. | Zamek Grodno, Zagórze Śląskie |
Mati, czyli Smiałek, 2014 r. | Zamek Grodno, Zagórze Śląskie | fot. Marcin Ponikowski |

Walentynka dla synka :)

REKLAMA
Dawno, dawno, na serio dawno temu…
Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma McDonaldami...
Śmiałek Pierwszy z Czarnej Góry szczytu niepodzielnie rządził od rana aż do świtu.
Był odważny, mężny, waleczny i niebezpieczny.
Zwłaszcza dla ludzi małych, potworów i amatorów.
Stał do skutku na czele państwa Ryceludków.
I przewodził swym dzielnym żołnierzom – Kolorowym Rycerzom!
Najmężniejszym z nich był Czarny, co cios miał koszmarny.
W czarną zbroję przyodzian, nie podskoczył mu żaden młodzian.
Gnał na swym czarnym rumaku, nie bacząc na las znaków.
Nawet chustki do nosa czarne nosił od młokosa.
Śmiałka Pierwszego dnia pewnego wcięło przed śniadaniem jego.
Czekoladowy odkrył to ze zdumieniem i cały pokrył się przerażeniem.
On przynosił władcy kawę, prasę i garść słodyczy, trufli czasem.
Na takim trójnogu król mógł pogalopować i do ciemnogrodu.
Ale zdarzyła się rzecz horrendalna i to gremialnie feralna oraz fatalna!
Czekoladowy przeraził królową i królewięta, oczekujących ich ukochanego delikwenta.
Później pognał ostrzec Czarnego, lecz w żadnym z wychodków nie zaznał jego.
Więc sprzedał wieść Zielonemu, a ten puścił ją Różowemu.
I tak od komnaty do komnaty wlekli te smutne słowa, niczym ciężkie graty.
Dotarł tedy news do Czarnego i baaardzo grzywę zmierzwił jego.
O herrendum, o sacra, o straszliwa masakra!
Dnia każdego drużyna rycerzy siadała rano do płatków, późno zaś do wieczerzy.
Lecz teraz na płatki przeszła im ochota, bo dębem stanęła tęga ASAP robota.
Trza było króla siłami wspólnemi wyciągnąć w trymiga, choćby i spod ziemi.
Siedli w kręgu zwyczajem swym zacnym, z nietęgimi minami i spojrzeniem bacznym.
Dotąd każdą sprawę wspólnie roztrząsali, a na końcu Czarnemu sumować dawali.
Ten zaś Śmiałkowi karty mocne wykładał, a król brał jedną – i tak mądrze władał.
Lecz teraz nie było jak kart przekazać, więc każdy chciał wstecz te godziny wymazać…
W minionych dniach, miesiącach i latach, jak się tak zbierali, to radzili w ratach.
Pierwszy wszem prawił Biały, wtóry Żółty, za nim Pomarańczowy, Czerwony,
Zielony, Niebieski, aż do Czekoladowego i brata jego Brązowego.
Następnie Czarny to gadanie ważył i Śmiałkowi pomysły dać się odważył.
Lecz w tę godzinę totalnie niemiłą wszystko się strasznie pokiełbasiło.
Czekoladowy zaczął bez czekania, aż Biały nań spojrzał z dużą dozą lania.
Po Czekoladowym zwykł mówić Brązowy, więc zaraz wybiegły zbyt głośnie rozmowy.
Aż Czarny na kamienny blat wlazł jednym susem, inni osłupieli, lecz to było musem.
I głośno prawi do mężnej gromady, że nie czas na zwady! Jedynie na rady!
Ucichli panowie, jako rzadko bywało, aż słychać było, że powietrze chrapało.
Usiadł Czarny, miecz odłożył, podciągnął spodnie i nakazał innym uczynić podobnie.
Spojrzał na Białego, co siedział jak struty, choć miał dwa zacne, bo kowbojskie buty.
Biały rzekł ponuro, że to zdrada miałka sprzed oczu sprzątnęła im mości Śmiałka.
Żółty kwestionował to bez kurtuazji i szukał winnych wśród wrogich wojsk z Azji.
Pomarańczowy uśmiał się tym szczerze, aż Żółty planował walnąć go talerzem.
Lecz byli jak bracia, niczym siostry obie, więc złość na ich licach nie gości ot tak sobie.
Czerwony uznał z kretesem, że król być musi pod innym adresem.
To samo gadali Niebieski z Zielonym, lecz złapali temat każden z innej strony.
Tak jakiś kwadrans przewracali karty, aż Czarny miał wzrok co nieco rozdarty.
W końcu donośnie krzyknął, nie bez swady, że czas szukać Śmiałka! Nie ma innej rady!
I ruszyli rycerze w cztery strony świata, kto z królem wróci, sowita go czeka zapłata.
Jechali, każdy dowódca z wierną swą gromadą, nie pierwszy raz to… A niech jadą!
Miesiące trwały ich wojaże po globie, każdy coś fajnego w drodze kupił sobie.
Wrócili zmęczeni, z bliznami na duszy, aż trudno im było się żywiej poruszyć.
Ale najbardziej bolało ich w głowie, że nie sprostali zadaniu w połowie.
Zjechali północe, wschody, południa i zachody…
Śmiałek przepadł, jak kamień rzucon do wody!
Wstyd im było strasznie, i to z każdej strony, bo co to za rycerze bez pierwszej persony?!
Zasiedli z powrotem przy stole gromadnie i radzą sokoły, jak zapełnić przyszłości cokoły.
I dyskutują, teraz mniej łagodnie, komu przekazać najjaśniejszą pochodnię.
Wtem kotara ruszyła się w sali, aż prawie wszyscy z krzeseł pospadali.
Zza niej wyziera Śmiałek wesoły, szczerzy się jak dziecko, co wyszło ze szkoły.
Rozsiadł się szeroko, wygodnie i snadnie, choć baczył czy korona mu ze łba nie spadnie.
Rzecze do gromady, zdębiałej niczym puszcza, że im te wszystkie lata odpuszcza.
Że wybacza pomyłki, głupotki, i jakieś durne olejne selfie, czyli niegdysiejsze fotki.
I docenia, że w godzinę najczarniejszą nie chwytali się za myśl najmarniejszą.
Nie obwoływali nikogo uzurpatorem, jeno za nim rzucili się w pogoń, jak motorem.
Dlatego w tej godzinie próby każden kolor rycerza był dla niego luby.
I wieńcząc tę niedługą przemowę, przygarnął do siebie ich zdobycze nowe.
Rycerze na ten widok lekko się… skrzywili, lecz minuty nie trwało, też mu przebaczyli.
W tej historii dwa morały oczywiste wydają się przeźroczyste.
Trwaj uparcie na stanowisku, a chwałę będziesz jeść z półmisków.
Oddając uciechy zagraniczne, masz w kraju poważanie magiczne.
***
Mojemu ŚMIAŁKOWI, najbardziej kolorowemu synkowi, Mateuszowi
CZARNY (niegdyś) tata, Marcin