
Dawno, dawno temu czytałem licencjat poświęcony Bondowi. Praca dyplomowa o 007 w Katedrze Dziennikarstwa? Słabe - uznałem wówczas z kretesem. To było kilka dobrych lat przed tym, zanim kierownicę Aston Martina na dobre przejął Daniel Craig. Wczoraj, siedząc w sali kinowej, pożegnaliśmy tego ludzkiego Bonda z wielkim hukiem.
REKLAMA
HBO udostępniło właśnie dokument o Bondzie wykreowanym przez tego charyzmatycznego faceta. Czy poprzednim wielbicielom Martini z wódką brakowało zadziorności? Nie. Ale wszyscy, włączając rzesze naprawdę pięknych kobiet, odbijali się od nich jak od tarczy. Tacy byli wyrachowani, bezwzględni, nieczuli i oddani wyłącznie JKM. No może poza Bondem a la George Lazenby, który dekady temu raz się zakochał. Ale to był epizod. Dosłownie jedna kobieta w oceanie dziewczyn Bonda. Aż tu nagle w „Casino Royale”, moim ulubionym na równi z „Goldfinger”, okazuje się nagle, że 007 – niczym numer seryjny maszyny do zabijania – ma jednak uczucia! Co prawda głęboko schowane i pilnie strzeżone, ale za to najszczersze, jak to u twardzieli.
Dokument „Być jak James Bond” jest krótki, ale treściwy. Daniel Craig i Barbara Broccoli opowiadają o kulisach wszystkich Bondów z aktorem. Jak dużo poświęcili „Casino Royale”, żeby był wybitnym filmem sensacyjnym. I tak się stało, bo dziś wymienia się go nie tylko w czołówce najlepszych filmów w całej serii, ale jako ważny obraz w ogóle. Jednak bez aktora, który miał spore doświadczenie w ambitnym kinie, zapewne nie udało by się pokazać mężczyzny autentycznie zawziętego, wściekłego, zakochanego, mściwego, słowem prawdziwego…
Później bywało różnie, mniej lub bardziej gadżeciarsko, vide „Quantum of Solace, „Spectre”, ale też ambitnie, vide „Skyfall”. Nieustannie jednak mężczyzna w ciele Bonda żył, czuł, oddychał tym samym powietrzem, co rzesze zwykłych facetów podziwiających go w sali kinowej.
Jaki jest nowy i zarazem ostatni Bond z Craigiem? Najdłużej wyczekiwany i jednocześnie oczywisty jak oddanie Moneypenny. Jest jak Martini z wódką, względnie wódka z Martini. Słodki i gorzki, gadżeciarski i dramatyczny. Wielu widzom zabraknie sznytu Sama Mendesa, to fakt. Ale Daniel Craig, jako producent, własnym ciałem konsekwentnie i skutecznie osłania całe przedsięwzięcie.
Niemal rok temu żegnałem wylewnie Seana Connery. Nieco wcześniej, kiedy kończył 90 lat, napisałem, że to prawdopodobnie jedyny facet na świecie, którego szczerze podziwiam i w równym stopniu mu zazdroszczę... Choć dla mnie na zawsze pozostanie Wilhelmem z Baskerville. Daniel Craig, czegokolwiek by nie zrobił, będzie dla mnie zawsze facetem, który zrobił z Bonda mężczyznę.
Mój dziesięcioletni Mati przez ostatni rok, oglądając wszystkie poprzednie wcielenia 007, ostrzył sobie filmowe noże, widelce, zęby, a zwłaszcza oczy i uszy na ten finałowy akt. Ale aż takiego obrotu spraw nie przewidział. Ja również...
#marcinponikowski #3akordyna2rece
