Zbigniew Namysłowski | Jazz Jamboree
Zbigniew Namysłowski | Jazz Jamboree fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce

To był mój pierwszy raz… Wszystko działo się w Stodole… Po wrocławskich, bieszczadzkich, poznańskich i gdańskich uniesieniach, ekstazach, a nawet kilku orgazmach… jazzowych, przyszedł czas na stolyyycę :)

REKLAMA
Czwartek. Album „Lonely Shadows” Wani słyszałem wcześniej i mam z nim ten sam problem, co z „Unloved” równie uznanego saksofonisty. Dla mnie jazz powinien być ożywiony, energetyczny, motoryczny. Ale też, w odpowiednich miejscach, cool, stonowany, a nawet czasem wyciszony. Choć najlepiej, jakby gdzieś w tym wszystkim był swing, z domieszką funky, czy szeroko pojętego groove, najlepiej okraszonego dawką fusion. Ale jak pokazał gig Ghost-Note, co za dużo, to i wytrawny fan energetycznego jazzu nie przetrawi… Wyszedłem w połowie ich grania. Rzadko mi się to zdarza, naprawdę wiele koncertów przetrwałem w życiu marząc o tym, żeby sobie odkleić uszy jak Mickey Mouse w jednej z ostatnich bajek… (moja Milka namiętnie je ogląda, stąd wiem). Ghost-Note nawet nie stało obok kartonu, który ktoś położył z daleka od ogromnego kreatywnego silosu z napisem Snarky Puppy (vide Snarky Puppy & Metropole Orkest "The Curtain"). Kopiowanie wielu dźwięków Herbiego z okresu Head Hunters czy chowanie się pod jaskrawą peleryną Jamesa Browna może się podobać neonowej – niczym basista formacji – młodzieży. Ja wymagam od jazzu kroków naprzód. Większych, mniejszych, mikroskopijnych, ale w kreatywnym, oryginalnym, inspirującym także innych, kierunku. Chłopcy są młodzi, więc życzę im jak najlepiej...
logo
fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce
Nie zamierzam oczywiście spisać pierwszego dnia festiwalu na straty. Broń Milesie! Jednym z głównych powodów mojej obecności na Jazz Jamboree był duet koryfeuszy, wielkich profesorów, najwybitniejszych rzemieślników na swoich instrumentach. Wyjdę pewnie na konserwę, bo główny powód mojego pobytu na festiwalu, który grał dzień później, ma ponad 80 lat. Ale jakoś tak się składa, że Dave Holland i John Scofield, bo o tym duecie oczywiście mówię, od dekad nieprzerwanie potrafią tworzyć oryginalne kompozycje (czytaj album „Prism”) i nie zjadać własnego ogona. Podczas koncertu gitara i kontrabas, pozbawione sekcji rytmicznej w postaci perkusji czy wsparcia dęciaków, rozmawiały ze sobą tak naturalnie, inspirująco, czasem dynamicznie i rockowo, jakby się znali od 100 lat… A znają się pewnie jakieś 30 :)
logo
fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce
Piątek. Siedzimy sobie z Matim i czekamy na tubalny trzon Sons of Kemet. Theon Cross wychodzi z greckim gitarzystą oraz saksofonistką i perkusistą, rodakami z wysp. Theon gra gęsto, prawie jak na kontrabasie, nie drepcze już dźwiękowym szlakiem wielkiego słonia z Sons of Kemet. Daje pograć innym muzykom, nawet solo. Zna swoje miejsce. Jest free, groove, etno, nawet czasem nieźle buja. Mati słucha uważnie. Raz mu się podoba, raz mniej – szczery chłopiec. Po tatusiu :)
logo
fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce
Rymden. Odpuściłem ich we Wrocławiu na ostatniej edycji JnO. Pingwiny nie przyjechały po raz trzeci i to mnie tak zirytowało, że wyżyłem się na biedakach z kosmosu. Rymden po ichniejszemu to przestrzeń pozaziemska właśnie. No i grali dokładnie jak kosmici, ale w najbardziej pozytywnej z galaktyk. Mati zachwycony drummerem, który napędzał nieziemsko basistę i pianistę. Świetna kapela. Dużo energii przekazali Stodole, nawet więcej niż Marty McFly swoim DeLoreanem w pamiętnej scenie…
logo
fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce
Sobota. Fakt, Komeda jest tym naszym jazzowym Uranosem, siłą sprawczą, niemal mitologicznym bogiem ojcem improwizowanej muzyki. Jednak Namysłowski zawsze dla mnie był, jest i będzie saksofono- i kompozycyjnowładnym panem na rodzimym jazzowym Olimpie. Potwierdził to bezapelacyjnie i do samego końca jego sobotni maraton. Uważam, że „Winobranie” oraz „Kujawiak Goes Funky” to kamienie milowe nie tylko w wymiarze polskim, ale światowym. Po koncercie w najprostszych słowach tłumaczyłem ten fenomen mojemu synowi. Mówiłem, że to nasz rodzimy jazz, autorski, oryginalny, bo rodem z polskiego folkloru. Jak Chopin! A zachwycali się nim, a nawet grali najwięksi, z Marcusem Millerem na czele.
A jaki był sam megakoncert? Bardzo naturalny, obfity w wiele składów z różnych epok. I choć wielu grających z mistrzem muzyków mogłoby być jego wnukami, włączając wisienkę (vide suknia) w postaci Agi Derlak, to na żadnym z wielu etapów trzygodzinnego koncertu nie dało się usłyszeć choćby dekady różnicy pomiędzy wiekowym profesorem a dojrzałymi studentami. Włączając syna artysty, Jacka, który towarzyszył mu na scenie najdłużej. Upojeni dźwiękami wychodzimy, uśmiechy od zasłuchanego ucha do zasłuchanego ucha. Mati mówi, żebyśmy koniecznie zostali. Chce autograf mistrza! I dostał, z nawiązką, bo z dedykacją.
logo
fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce
Niedziela. Samo Yazz Ahmed już mówi wiele - imię zobowiązuje. Młoda, delikatna dziewczyna z dużą energią grająca na trąbce i kornecie. Towarzyszył jej świetny wibrafonista (żałowałem, że nie było już ze mną Matiego) oraz całkiem sprawna sekcja rytmiczna – basista i perkusista. Jak na moje ucho trochę dużo orientalizmów, trudno było mi w pewnym momencie odróżnić jeden temat od drugiego. Poza tym artystka sporo mówiła o inspiracji aktywistami, prawami kobiet, niesprawiedliwości świata. Rozumiem potrzebę bycia ambasadorem w tych sprawach, a zwłaszcza chęć działania. Popieram komunikację ważkich tematów poprzez muzykę, ale w granicach rozsądku.
logo
fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce
Marcin Masecki. Przedwojenny amant spotyka Monty Pythona. Względnie Mozart wpada na kabaret Mumio… Jest coś groteskowego, absurdalnego i oryginalnego zarazem w tej osobliwej muzyce. Czasem śmiesznie, bardzo. Momentami refleksyjnie. Często pośrednio. Raz spada mikrofon na struny, niby przypadkiem. Prawa nóżka ciągle idzie w ruch. Niczym wahadło wielkiego żywego metronomu, wykonanego naprędce z kapryśnego pianisty. I choć wiele w tym hiperboli – muzycznej i fizjonomicznej, to show Maseckiego ma coś z przedwojennego kabaretu, kalamburu, Teatrzyku Zielona Gęś…
logo
fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce
logo
fot. Marcin Ponikowski | Trzy akordy na dwie ręce