
"Jazz nad Odrą" ewoluuje nie tylko muzycznie. Zmienia adres. Choć była magia w skrzypiących fotelach Impartu… W zapachu wiekowego teatru… Jakaś malusieńka tajemnica w zakamarkach foyer. Natomiast w musicalowym Capitolu głośne i gęste improwizacje, zwłaszcza akustycznie, trochę traciły. Może wnętrze, rodem z modernistycznego „Metropolis”, nie lubi nowoczesnego jazzu? Ale po kolei…
REKLAMA
Michał Barański | Masovian Mantra (Polish Jazz vol. 88) | 2022
Michał Barański to jeden z najbardziej zapracowanych basistów ever. Przez lata był jak okręt, na którym stali pewnie jazzowi improwizatorzy. Trochę jak w kultowym filmie o karmazynowym piracie - wartka i szalona akcja zawsze musi mieć stabilną i sunącą ku przygodzie łajbę.
I ten imponujący rodzimy żaglowiec nagle przepłynął z ludowego Mazowsza do macierzy konnakol. Michał Barański, nie przestając być jazzowym okrętem, stał się jednocześnie jego sterem i sternikiem. Oczywiście with a big help from his friends! I stworzył całkowicie nowy wymiar współczesnego fusion, korzystając z ostrych indyjskich przypraw oraz tłustych mazowieckich nut, okraszonych najlepszymi tradycjami Namysłowskimi.
„Masovian Mantra” to zatem projekt mocno osadzony na folklorach odległych o tysiące kilometrów. A jednocześnie bardzo nowoczesny, z gęstym groove’m i soczystym regionalnym zaśpiewem. Michał Barański czerpie z folkloru, kłania się twórcy „Kujaviak Goes Funky”, ale konsekwentnie gra swoje, i słychać, że on i jego kumple z bandu czują to wyśmienicie. Nawet sample z głosem wokalistki Olgi Stopińskiej (szacun!) wypadły tak naturalnie, że razem z moim jedenastoletnim synem - uczestnikiem nieprzebranych ilości jazzowych i rockowych koncertów – wyglądaliśmy pani na scenie. I choć syntetycznie, to brzmiała niczym ludowa madonna, która w najnaturalniejszy ze sposobów sakralizuje demoniczny niegdyś jazz.
Christian Scott | Fuc*ing experiment…
Czekałem na ten koncert kilka dobrych lat. Jeden z najważniejszych trębaczy zaczął od… śpiewu. Dzierżył w dłoniach coś na kształt złotej mini harfy, a może współczesnej liry, podłączonej jednak do rockowego wzmacniacza Vox. Pomyślałem, że skoro Christian pochodzi z kolebki improwizowanej muzyki, to może śpiewem chce oddać hołd Louisowi, najważniejszemu Nowoorleańczykowi? Ideologicznie i tekstowo przeważyły jednak indiańskie korzenie lidera. Wykrzyczane do granic możliwości bębenków słuchaczy.
Muzycy przez pierwszą połowę koncertu byli akustycznie słabo ustawieni. Max Mucha praktycznie niesłyszalny, duet na congach zlewał się w galop, pianista gdzieś w tle. Scott i młody drummer na szczęście z przodu. Lider chodził do akustyków, pokazywał, doradzał, pomagał, jak potrafił. Ale całość przypominała jakościowo koncertowe dokonania Milesa z początku lat ’70 ubiegłego stulecia – ważne, ale niekoniecznie dobrze utrwalone. Na szczęście druga część koncertu, zwłaszcza greatest hits Scotta oraz hołd dla wspomnianego Davisa na finał, brzmiały już wykwintnie!
Elena Pinderhughes, czyli madonna Scotta, nie dotarła… Nagle opuściła trasę. I ten brak było słychać nie tylko muzycznie, ale zwłaszcza mentalnie w grze lidera. Scott pomiędzy utworami gadał i gadał. Mógłby w tym względzie konkurować z rodzimą ekspertką od papai…
„Fuc*ing experiment…” – tak określił trębacz swoje śpiewanie i granie na złotej lirze w pierwszej części koncertu. Mam nadzieję, że, jak w każdym eksperymencie, poszukiwania zawiodą tego kreatora do imponujących dokonań…
