O autorze
Zapraszam dorosłych do świata nastolatków, o którym często nie mają zielonego pojęcia. Jestem autorem książki „Zakaz wstępu! O młodzieżowej (pop)kulturze i relacjach społecznych”, prowadzę stałą rubrykę "Świat młodzieżowych fascynacji" w „Problemach Opiekuńczo-Wychowawczych”. Pracuję w instytucie badawczym jako m.in. redaktor czasopism naukowych.

Cześć Grubaski!

W „dyskursie odchudzająm” nie zawsze chodzi o zdrowie, często o ściganie się z wzorcami wyglądu, które nie są realne. Jak pokazują badania, najbardziej narażone są na to nastolatki, które karmione są zewsząd obrazami ludzi przerobionych w fotoszopie oraz komunikatami mówiącymi o tym, że tylko bycie szczupłą/szczupłym daje szczęście. Na marginesie „Grubasków” pani premier Ewy Kopacz ujawniło się kilka poziomów „społecznego problemu”, jakim jest „epidemia otyłości”. Bardzo szkodliwych.


„Zadbałam o to, byście nie były grubaskami” – powiedziała premier Ewa Kopacz do uczennic/uczniów podczas inauguracji roku szkolnego. Chodziło o sklepiki szkolne mające od tego roku sprzedawać wyłącznie zdrową żywność. Tym samym pani premier napiętnowała wszystkie otyłe bądź nieco odbiegające od normy zdrowotnej czy raczej wizualnej dzieciaki. Stała się rzecz niebezpieczna, gdy z pozycji władzy "wyprodukowany" został stygmat „grubaska”. Nie było to powiedziane specjalnie, wręcz miło, w trosce o zdrowie uczniów. Jednak „grubasek” już otrzymał swoją tożsamość, która wzmacniana będzie wytykaniem palcami i szykanami nie tylko ze strony rówieśników.


Jestem za tym, by w szkolnych sklepikach było tylko zdrowe jedzenie oraz by szkolna kuchnia serwowała dania obiadowe odpowiednie dla młodych ludzi. To świetny pomysł, punkt dla rządu. Ale bez atrakcyjnych lekcji wychowania fizycznego dopasowanych do tego, co lubi dziecko, w czym jest dobre (mimo że po szkole chętnie np. chodziliśmy na basen czy jeździliśmy na rowerach, dla wielu wuef był koszmarem), bez przekazania wiedzy o zdrowiu i odżywianiu się, bez pokazania, jak można zadbać o wartościowe jedzenie (np. uprawianie szkolnego ogródka, wspólne gotowanie), akcja ta będzie niewystarczająca. Chciałem przedstawić na wstępie moje stanowisko, popieram rząd, jednak tekst dotyczy tego, że słowa i obrazy mają swoją moc i mogą robić krzywdę innym. Zwłaszcza że biznes i „propaganda prozdrowotna” ruszyła pełną parą.


Dobrobyt odkładający się na brzuchu
Według statystyk 60% mężczyzn i 51% kobiet zmaga się otyłością. Od małego przekazywane są złe wzorce. Instytucja babci – karmicielki pewnie nadal trzyma się dobrze, ale przegoniło ją śmieciowe jedzenie, charakterystyczne dla społeczeństwa dobrobytu. Za czasów mojego dzieciństwa słodycze były luksusem (zbierało się papierki po czekoladach czy obrazki dołączone do gum do żucia), jedzenie też nie było nafaszerowane chemią. Teraz na każdej stacji benzynowej są fast foody – szybko, sprawnie, niekoniecznie tanio, ale atrakcyjnie. Dziecko odwożone, spędzające czas przed kompem, z zakazem wychodzenia na podwórko (panika rodziców podsycana przez media) nie ma kiedy się ruszać. W tym sensie czynnik sprzyjający otyłości jest kulturowy. Takie mamy czasy. Dlatego stoję po stronie rządu, który wyeliminował śmieciowe jedzenie z lodówki.


„Gruby” to „Murzyn” naszych czasów?
Gdy trzymałem w ręku „Politykę” (wydanie z 25 września 2013 roku), mocno się wkurzyłem, czemu dałem wyraz na swoim Facebookowym wallu. Okładka przedstawiała otyłą kobietę i otyłego mężczyznę. Monstrualnie otyłych. Napis okładkowy brzmiał: „Wykluczeni XXL” i dopisek: „Gruby stał się Murzynem naszych czasów”. W środku znalazł się obszerny artykuł Elżbiety Turlej zatytułowany „Rasa grubych”. Skomentowałem to następująco: Odrobina rasistowskiego dyskursu i mamy idealne narzędzie do rozpoznania „społecznego problemu” oraz do tego nowy i okrutny stygmat. I to wszystko w „postępowym” tygodniku. Wstydź się, „Polityko”! Zapamiętałem tę okładkę, ponieważ wydała mi się ona ohydna. Bynajmniej nie z powodu wyglądu bohaterów, którzy posłużyli jako ilustracja do artykułu.

Pomieszano tu dwa „porządki”. Posłużono się dyskursem rasistowskim, by stworzyć analogicznie nowego Innego, „Murzyna” XXI wieku (mój słownik nie posługuje się tym określeniem, a współczesna antropologia już dawno odeszła od pojęcia „rasy”). Otyłość przestała być postrzegana jako problem medyczny, do wyleczenia, stała się za to kreacją nowych wcieleń. To bardzo mocny stygmat – „nowa rasa” oznacza nowe horyzonty dyskryminacji. Obserwator z zewnątrz, autorytet w postaci poczytnego tygodnika opinii, stwarza nową tożsamość przez stygmatyzację. Oddzielny byt – już nazwany, oznaczony i skatalogowany w formule „społecznego problemu”. To „przejście” tożsamościowe od dyskursu medycznego do społecznego jest naznaczone piętnem.

Pamiętam jak przez mgłę z dzieciństwa „Kwadransowych grubasów” z telewizji, co miało stanowić motywację do odchudzania. Pojawiały się masowo Kluby Kwadransowych Grubasów w całej Polsce, a telewidzki przesyłały wyniki swoich metamorfoz. Ale program ten nie włączał się w dyskrus dyskryminacji, tylko uświadamiał i motywował. Dawał wiedzę o zdrowiu, odżywianiu się, promował aktywny tryb życia. Wspierał, a nie wytykał palcem. Było to dość przyjazne i życzliwe. Dalekie od traktowania swojego ciała użytkowo, na sprzedaż – wówczas w dyskursie publicznym nie było tak rozwiniętego przemysłu plotkarskiego, oceniania i hejtowania, biznesu okołosportowego i nie postrzegało się ludzi wyłącznie przez pryzmat wyglądu.

Czy na pewno chodzi o zdrowie dzieciaków?
Nastolatek żyje w ogromnej presji wyglądu. Liczą się ciuchy, kasa, gadżety i lajki na fejsie czy Instagramie – o konsumpcji wśród nastolatków pisałem w tekście dotyczącym komunijnych księżniczek. Dlatego im większy stygmat otyłości w dyskursie publicznym, tym bardziej widoczne stają się akcje odwrotne. Pojawił się silny bodziec, by wyglądać fit (celowo bez cudzysłowu, wszyscy wiemy, co to słowo oznacza, choćby z kontekstów w codziennym użyciu, np. z napisów na produktach spożywczych).

Fit staje się synonimem „zdrowego stylu życia”, ale, moim zdaniem, nie o zdrowie tu chodzi, szczególnie że jest ogromne ciśnienie na „zdrowe” odżywianie się i uprawianie sportu. Bycie fit jest wyznacznikiem przynależności do wyższej klasy społecznej. Z wysportowanym ciałem wiąże się atrakcyjność fizyczna poddana reżimowi – musisz zadbać o odpowiednie jedzenie, zrezygnować z picia alkoholu, gdy pakujesz na siłce, zainwestować w gadżety, np. odpowiednie ubrania, elektronikę czy aplikacje. Wystarczy prześledzić migrację warszawianek/warszawiaków, którzy zmieniają siłownię jak rękawiczki, gdy pojawi się bardziej modne miejsce. Podobnie jest z modą na określone ćwiczenia, co chwilę pojawia się jakiś hit ćwiczeniowy w sezonie.

Moda na bycie fit przekłada się bezpośrednio na zwiększoną konsumpcję. Ktoś na tym nieźle zarabia. Staje się stylem życia widocznym. Tworzy także wspólnoty zdeterminowanych osób. Nikt tu nie wspomina o zdrowiu – bardziej chodzi o przynależność do zbiorowości osób, które odniosły sukces, co mają odzwierciedlać centymetry w talii lub obwód bicepsa. Emblematem tego jest modna siłownia w dużym mieście, w której spotykają się osoby ze swojej klasy społecznej, choć nieznające się i niezwiązane ze sobą. To efekt presji wyglądu, chęci przynależności do świata ludzi „lepszych”, którym się powiodło. Kaloryfer na brzuchu czy bieganie w półmaratonach jest powodem przechwalania się na Instagramie czy fejsie.

Instagram ostatnio stał się medium służącym do pokazywania prawie nagiego ciała, oczywiście wysportowanego, tam też rozwinęła się sprzedaż swojego ciała za lajki. Pojawiły się domorosłe gwiazdy mające nawet po kilkaset tysięcy followersów. To już przestało być promocją zdrowego stylu życia – tylko promocją wyglądu i siebie. Doszło do tego, że możemy już sami, za pomocą aplikacji smartofonowych, przy użyciu odpowiednich filtrów kształtować swój wizerunek. Pojawiły się nawet apki, które „wyszczuplają” osobę na zdjęciach. Wzorem wyfotoszopowanych idolek zaczyna się pokazywanie siebie w mediach społecznościowych, ale w wersji odbiegającej od tej rzeczywistej. Potem pojawi się trend do wyglądania tak, jak na przerobionym zdjęciu, co nie zawsze jest możliwe mimo diet czy ćwiczeń.

Popkultura napina mięśnie i odejmuje kilogramy
To jest słowo klucz: „popkultura”. Wszystkie gwiazdy i idole nastolatków są przeważnie fit. Co więcej, są bardziej fit niż w rzeczywistości. Media z uporem śledzą wpadki fotoszopowe: aktorkom czy piosenkarkom notorycznie odejmuje się kilkogramy na zdjęciach okładkowych i sesjach zdjęciowych, a równocześnie każda okładka jest przetworzona. Potem karmieni jesteśmy zewsząd wychudzonymi w fotoskopie ciałami. To nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, prawidłowym odżywianiem się, i dobrym samopoczuciem. Ten biegun uważam za bardziej szkodliwy. Ciała prezentowane są jako obowiązujące wizerunki idoli młodzieżowych, mimo że im samym w rzeczywistości daleko do ideału z okładki. Histerycze promowanie szczupłej sylwetki prowadzi do odejścia od ludzkiego ciała – wyfotoszopowane kobiety na okładkach (mężczyźni też oczywiście) to już cyborgi.

Komunikat, że tylko bycie fit jest seksi, jest również groźny. Dostrzegło to Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne, które zauważyło wpływ okładek gazet ze sztucznie wychudzonymi modelkami na zaburzenia odżywiania u nastolatek/nastolatków. Skoro publikuje się zdjęcia kobiet, których talia jest węższa niż głowa, to o czym tu mówimy (źródło: Wpływ Photoshopa na psychikę nastolatków - szokujące dane informacji na ten temat jest bardzo dużo, podaję pierwsze z brzegu, gdyż to nie jest artykuł poglądowy, tylko moje spostrzeżenia).

Mylące komunikaty pochodzące od idolek
Popkultura nie odpuszcza. Demi Lovato, jedna z największych idolek nastolatków na świecie, miała problemy z zaburzeniem odżywiania i to dość poważne. Wylądowała w klinice, o czym informowały media (do tego dochodziła agresja, dziewczyna nie panowała nad sobą). Ale udało jej się, wyleczyła się, kariera dostała skrzydeł. Nie miała idealnych wymiarów, a fani ją ponownie pokochali za to, że akceptuje siebie i jest z tym szczęśliwa. Demi wyglądała zwyczajnie, czyli bardzo korzystnie. Do teraz, gdy latem wypuściła teledysk, w którym przełamuje schemat słodkiej wokalistki dla nastolatków, wchodzi w rolę kobiety dorosłej i świadomej swojej seksualności – ale jest już fit. Nie jest wulgarna jak Miley Cyrus, ale obrała sprawdzoną drogę wkraczania w dorosłość przez emanowanie seksem.

Komunikat jest jasny – czujesz się seksi tylko wtedy, gdy jesteś szczupła. Te wszystkie wyznania znanych idolek o spełnianiu się w roli kobiet, na nowo odkrywania własnej seksualności i wchodzenia w rolę seksualną, gdy ubyło im kilka kilogramów, są mylące. Jest pewna prawidłowość wynikająca z medialnego zainteresowania celebrytami, które pojawia się, gdy ktoś znany odchudzi się widocznie. To także przekłada się na atrakcyjność medialną.
Nawet Lady Gaga, która obnosiła się ze swoją nadwagą, zwracała uwagę na niezdrowe zainteresowanie mediami, które w porze największej oglądalności piętnowały jej wizerunek, ale gdy przychodziło do promocji singli, była cudownie odchudzona (mimo że promowała akceptację siebie i dawała pozytywny wzorzec nastolatkom na całym świecie). Zorganizowała nawet akcję pod hasłem „Body Revolution”, w której zachęcała fanów do pokazywania siebie, takim, jakimi są. Ale poddała się regułom showbiznesu. Było to do przewidzenia.

To mimo wszystko sprzeczne komunikaty, szkodliwe dla młodzieży ślepo podążającej za idolami. Zwykle wychodzi na to, że tylko bycie szczupłym i wysportowanym daje życiową satysfakcję, co jest nieprawdą i ułudą. Szczęście objawia się na różnych poziomach i w różnych sytuacjach. Nie dajmy się zwariować.

To co, Grubaski? Siłka, marchewka czy wyszczuplacjący filtr do zdjęć z Instagrama?
Tym także powinien zająć się rząd, nie tylko prewencją w postaci ograniczonego asortymentu w szkolnych sklepikach. Popieram ten krok, ale to za mało. Potrzeba tutaj dobrej akcji uświadamiającej, nie tylko ustami trenerek celebrytek, które „motywują” swoje fanki. Robią dobrą robotę, widać to po entuzjazmie fanek, które polubiły ćwiczenia, ale komunikat jest jednoznaczny: tylko osoby fit mogą być szczęśliwe.

Pytanie jest jednak inne: czy chodzi tu o promowanie zdrowia i zdrowego stylu życia, czy pęd za dorównaniem nierealnemu wizerunkowi ludzkiego ciała, jakie lansują media? I co ważne, tzw. „walka z epidemią otyłości” nie powinna stygmatyzować ani dawać postaw do dyskryminacji. Bo słowa krzywdzą.

Tytułowe „Grubaski” to ironiczne włączenie się w ten dyskurs. Jest to pewna figura retoryczna użyta świadomie. Nie brzmi to dobrze, nie idźcie tą drogą. Wszystkich urażonych przepraszam.

Zaznaczam wyraźnie, że nie neguję sportowego stylu życia, zdrowego odżywiania i znam skutki zdrowotne i społeczne otyłości, popieram akcje profilaktyczne i to bardzo. Chciałem jedynie pokazać drugą twarz tej propagandy „walki z otyłością”: stygmatyzacji społecznej oraz ślepego podążania za nierealnym wizerunkiem, jaki obowiązuje w mediach. To trend bardziej groźny od „epidemii otyłości”, gdyż odbija się na wszystkich nastolatkach, również tych szczupłych i zdrowych.

W obliczu promowania wizerunków nierzeczywistych tak naprawdę wszyscy jesteśmy "Grubaskami".

Do poczytania w kontekście wizerunku
Moje posty:
O nastolatkach i konsumpcyjnym stylu życia - tutaj
O bezrefleksyjnym naśladownictwie idolek tutaj
Jako uzupełnienie:
Dane na temat zaburzeń odżywiania Amerykanów: tutaj
Największe wpadki grafików: tutaj

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Meghan i Harry szczerzy do bólu. Ten wywiad poruszył Brytyjczyków, ale nie wszystkim się spodobał
0 0"World of Fire" z Wichłacz i Kotem. Serial BBC pokazuje wojenny koszmar nie tylko Polaków
0 0W Polsce tego filmu ludzie boją się jak ognia. Widziałem "Malowanego ptaka" i już wiem dlaczego

POLECAMY

HYDEPARK 0 0Maciej Stuhr kończy 44 lata. I właśnie z tej okazji dał bardzo szczery wywiad
0 0Tak się rozjeżdża konkurencję. Po takiej zapowiedzi serwisu Disney+ Netflix może się bać

TRAGEDIA W WARSZAWIE

FELIETON 0 0Ilu ludzi ma jeszcze zginąć na pasach? Posłowie, przestańcie się bać kierowców!
POLECAMY 0 0Tak Kaczyński traci władzę. Po wyborach dostał dwa potężne ciosy