O autorze
Z wykształcenia biotechnolog, z zawodu redaktor w miesięczniku „Nowa Fantastyka” oraz w serwisie Hatak.pl. Regularnie publikuje na łamach "Polityki", często w "Dzienniku Gazecie Prawnej", zdarza się też na Newsweek.pl, Stopklatce, LubimyCzytac.pl i Filmach Fantastycznych. Ogląda mnóstwo filmów, czyta góry komiksów i książek, jego uwadze nie umykają również seriale.

"Niesamowity Spider-Man" jest naprawdę niesamowity

4 lipca do kin wchodzi „Niesamowity Spider-Man”, czyli restart serii o jednym z najpopularniejszych komiksowych herosów. Zdecydowanie warto wybrać się do kina.




Powiedzieć, że nie jestem fanem trylogii Raimiego to eufemizm. Z radością przyjąłem więc wieść o restarcie serii ze Spider-Manem, licząc na odświeżenie formuły i przede wszystkim lepsza obsadę. „Niesamowity Spider-Man” w dużym stopniu spełnił moje oczekiwania. A były one spore, ponieważ nowy Spidey miał być taki, jakiego pamiętam – w mniejszym stopniu walczący w imię szerzenia dobra heros, w większym zwykły nastolatek, który zyskał moc, a wraz z nią wybór. Coś tam przebąkiwano o inspiracji Nolanowskimi Batmanami, zwiastuny przygotowywano tak, aby podkreślić mroczą stronę opowieści (która okazuje się tylko jednym z aspektów historii), nawet wiralowa kampania promocyjna w internecie była zbliżona do działań, jakie podejmowany przed premierą „Mrocznego rycerza” (np. listy gończe za Spider-Manem, dedykowane strony internetowe, zaszyfrowane wiadomości).




Wyszedł film o nastolatku (ale, broń boże, nie „zmierzchowy”, jak to sugerują niektórzy recenzenci), ze szczyptą humoru, odrobiną komedii romantycznej (wyszło doświadczenie Webba, reżysera m.in. „500 dni miłości”), dużą dozą akcji i z naciskiem na realizm. Właśnie, realizm. To odróżnia trylogię Raimiego od „Niesamowitego Spider-Mana” – ten pierwszy był przerysowany, świadomie nieco kiczowaty, poza tym skupiał się na dwóch tematach: fajnie mieć moc oraz życiowe porady wujka Bena. U Webba bliżej przyglądamy się Peterowi Parkerowi i temu, co kształtuje go jako Człowieka-Pająka – w zasadzie jest to opowieść o tym, jak młody chłopak znajduje w sobie motywację do czynienia dobra i moralną obligację do wykorzystywania swoich umiejętności w służbie innym (wujek Ben, oczywiście, ginie, ta szczególna scena i cała jej otoczka wypada jednak dużo lepiej, niż u Raimiego).



Motorem napędowym „Niesamowitego Spider-Mana” jest obsada, zwłaszcza świetny Andrew Garfield, jakby stworzony do roli komiksowego herosa. Jako Parker jest nieśmiałym kujonem, który ma problemy z wyrażaniem swoich uczuć; jako Spider-Man jest bezczelny, pewny siebie, równie mocno zadaje ciosy pięściami, co językiem. I to nadaje ton całemu filmowi. Nie tak zabawnemu, jak „Avengersi”, nie tak mrocznemu, jak u Nolana, raczej gdzieś po środku.


Do tego jest to obraz bardzo efektowny, jeden z nielicznych, w których 3D naprawdę ma sens – wrażenie robią zwłaszcza ujęcia z perspektywy głównego bohatera, gdy ten buja się między wieżowcami. Zwróćcie uwagę na to, jak porusza się Spidey, jak skacze, jak chodzi, nawet na to, jak ląduje – różnica między Garfieldem a klocowatym Maguierem jest kolosalna.

Kino rozrywkowe na bardzo wysokim poziomie.