Większość Polaków jest przeciwna roślinom modyfikowanym genetycznie. Ta sama większość przyznaje jednocześnie, że niewiele o nich wie. Sprzyja to rozprzestrzenianiu się nieprawdziwych informacji i podsycaniu strachu społeczeństwa przed czymś, czego nie rozumie. Dość. Oto najczęściej powtarzane mity o GMO – rozprawmy się z nimi.
REKLAMA
Rośliny modyfikowane genetycznie mają tego pecha, że ich przeciwnicy to ideowcy. W większości przypadków brak im wiedzy i logicznych argumentów, mają jednak mnóstwo zapału, przez co są bardzo aktywni w sieci. Ci, którzy takową wiedzę posiadają najczęściej są zagłuszani z pomocą setek linków do artykułów naukowców pokroju dr. Mea-Wan Ho, jawnego przeciwnika modyfikacji genetycznych – proszę zadać sobie pytanie, czy ufacie takiej osobie, że przeprowadzone przez nią badania będą obiektywne? Z mojego punktu widzenia przypomina to powoływanie się na Instytut Badań Prawicowych w kwestii oceny ideologii lewicowej – potraficie przewidzieć wnioski końcowe jeszcze przed przeczytaniem takiego hipotetycznego raportu? Ja tak.
Odsuńmy więc na bok ideologie. Nie pracuję w Monsanto, nie prowadzę żadnych badań sponsorowanych, nie jestem w żaden sposób biznesowo związany z producentami GMO. Po prostu mam dość czytania bredni i mitów. Oto one:
1. Jeżeli zjem organizm modyfikowany genetycznie, to zmieni się moje DNA.
A czy jeżeli zjesz pasztet z królika, to wyrośnie ci puszysty ogonek? Przez całe swoje życie zjadamy inne organizmy, a więc i ich materiał genetyczny. Sęk w tym, że nasz organizm nie pochłania go w całości, ale w procesie trawienia rozkłada na elementy pierwsze.
Oto przykładowy fragment nici DNA:
AAAAATCGGGGTTTCCCACGTAAAAATGGGGTGGGCCCCAAAAATTTGTTGCC
Oto przykładowe fragmenty nici zmodyfikowanych genetycznie:
AAAAATCGGGGTTTCCCACGTAAAAAAAATCGGTTCCCCAAAAATTTGTTGCC
AAAAATCGGGGTTTCCCACGTAAAAACCCCAAAAATTTGTTGCC
AAAAATCGGGGTTTCCCACGTAAAAATGGGGTGGGCCCCTGGGGTGGGCCCCAAAAATTTGTTGCC
Widzicie, na czym polegają zmiany? Przetasowania literek (ze stałego składu: A, T, C, i G), ich wycięcie albo powielanie. Nie dochodzi żaden NOWY element, nic, czego nasz organizm nie zna, nic, z czym nie „radzi” sobie każdego dnia naszego życia. Nasz organizm ma gdzieś, skąd pochodzi to, co trawi – on po prostu rozbija na najprostsze elementy i wchłania.
2. Przy przenoszeniu genów używane są różne wektory, no a jak one potrafią wszczepić gen bakterii, to i mnie pewnie też.
No, nie. Po pierwsze, nasz organizm ma swoje bariery. Pierwszą są jelita, przez których błonę byle co nie przejdzie, potem jest jeszcze krew, a w niej komórki układu immunologicznego, które wyłapują nieproszonych gości, następnie błona komórkowa, a w środku różne wewnętrzne błony, w tym ta otaczająca jądro komórkowe, a w środku kolejne mechanizmy – no dużo tego jest, no. Pamiętam zajęcia z paszoznastwa, na których tłumaczono nam, w jakim przypadku taki materiał genetyczny mógłby trafić w pobliże naszego DNA – na wstępnie trzeba by nie mieć jelita, a syntetyczny substytut, co zlikwidowałoby tę barierę, no a potem olbrzymiego pecha, żeby jakimś cudem wszystkie inne, niezależne od siebie mechanizmy obronne trafił szlag (w mniej więcej tym samym czasie).
Na tym jednak nie koniec. Takie DNA nie może się dokleić byle gdzie – ma określone końcówki, które muszą pasować do DNA-biorcy. Te końcówki były dopasowane do innego organizmu, nie do organizmu człowieka, nie do nas.
Poza tym – GMO dopuszczone do produkcji to potomkowie tych organizmów laboratoryjnych, więc niekoniecznie w ogóle mają w sobie komórki wektora, który przenosił DNA.
Prędzej uwierzę w Świętego Mikołaja, niż taaaaaaaki zbieg okoliczności.
3. Nie można grzebać w genach, bo nasza wiedza nie pozwala nam poznać WSZYSTKICH konsekwencji zmian w DNA.
To akurat fakt, nie mit – a przynajmniej druga część tego zdania. Nie przewidzimy wszystkich konsekwencji. Stąd też robi się żmudne i długie badania, zanim GMO trafi na rynek. To raz. A wiecie, że przy powstawaniu każdego nowego organizmu w przyrodzie (mam na myśli organizmy powstające przy wymianie materiału przez osobniku różnej płci) dochodzi do przetasowań w DNA? Tak powstają mutacje – te naturalne, napędzające ewolucję. Czego więc się boimy? Konsekwencji zmian w DNA? Toż kurczak, którego jedliśmy w sobotę jest inny od kurczaka, którego mięsem zajadaliśmy się w środę. Zmienność osobnicza się kłania. Nie da się przewidzieć wszystkich konsekwencji danych działań – dlatego sprawdzamy te najbardziej istotne i prowadzimy badania, żeby mieć pewność.
4. GMO to bomba zegarowa – kto wie, co stanie się za 10 lat, przecież nie znamy długofalowych konsekwencji!
Em, no ten tego – znamy. GMO jest w naszej diecie od lat. Wedle danych z 2007 roku 92% upraw soi w Stanach stanowiła soja modyfikowana genetycznie, używana głównie do produkcji olejów roślinnych – sprawdźcie wasz olej do smażenia, bardzo możliwe, że już od dawna w waszej diecie jest GMO.
I co, żyjecie? Tak myślałem.
5. Koncerny forsują GMO, bo chcą sprzedawać sterylne ziarna i na tym zarobić. A jak rolnik nie kupi od nich ziaren, to nie będzie miał czym siać.
To prawda, koncerny chcą zarobić na GMO. Tyle pieniędzy idzie na sprzęt i badania, że w sumie im się nie dziwię. W takim razie zakażmy GMO, tak? A co z firmami farmaceutycznymi? Szczepionki też są sprzedawane, a nie rozdawane – zakażecie ich?
Sprawa wygląda inaczej. Rolnik MOŻE kupić od koncernu lepsze, zmodyfikowane ziarna. Ale nie musi. Jeżeli tego nie zrobi, będzie mógł siać to, co dziś, bo przecież rośliny naturalne nie znikną. To, że mercedes wprowadzi nowy model nie sprawi, że teraz każdy albo kupi to auto, albo nie będzie miał nic. Wciąż dostępne będą starsze, tańsze modele.
No ale koncerny są złe. Jak z nimi walczyć? Badać. Mało to w naszym kraju państwowych placówek? Ci ludzie są zdolni – dajcie im fundusze, a opracują wam własne odmiany, dostępne za darmo. Wystarczy ich wspomagać, a nie blokować badania. Koncerny zyskują, bo są firmami prywatnymi i nie blokuje ich sprzeciw społeczny. W przeciwieństwie do ośrodków badawczych, które mogłyby z nimi rywalizować, ale nie mają środków.
Co do sterylności ziaren, wiąże się z tym kolejny mit:
6. GMO wyprze rośliny naturalne.
Tutaj najczęściej przeciwnicy GMO sami sobie zaprzeczają. Zacytujmy Pana Średińskiego:
Nasiona roślin GMO są chronione patentem. W praktyce należą do firmy je produkującej. Wiąże się to, z koniecznością opłacenia licencji za korzystanie z tych nasion. I nie jest to opłata jednorazowa. Okazuje się, że jest coroczna, a zasłaniający się patentem koncern w rodzaju GMO, ma prawo domagać się roszczeń do swojej własności. Pozbawia zatem prawa do własności rolnika, który nie może korzystać z nasion pozyskanych w rezultacie uprawy.
I jednocześnie pisze:
Nawet jeśli w okolicy jest tylko jeden rolnik z nasionami GMO, to jest wysoce prawdopodobne, że pyłek roślin GMO przeniesie się na pole sąsiada, a uprawy wolne od GMO, stają się nim zapaskudzone, co niesie za sobą przeniesienie praw do patentu, również na pole rolnika za miedzą, który wybrał nasiona, nie należące np. do Monsanto.
Czyli rośliny GMO są płodne i niepłodne zarazem. Awangarda w biologii!
Dopuszczone do uprawy rośliny GMO są niepłodne. Wymogli to ekolodzy, którzy nie chcieli, aby rozprzestrzeniały się one w środowisku i wypierały naturalne odmiany. Słuszny postulat.
Szkoda tylko, że szybko o tym zapomniano i sterylność roślin jest wymieniana jako argument przeciwko GMO. Takich to trudno zadowolić, prawda?
7. Nie ma badań potwierdzających nieszkodliwość GMO.
Zielonego groszku też nie, i co? Były setki, tysiące badań. Nie wykryto negatywnych skutków, a jeżeli wykryto, szybko okazało się, że takowych badań nie sposób powtórzyć, bo były źle prowadzone (np. chomiki, które niby w kolejnych pokoleniach stawały się bezpłodne – tyle że nikt nie skojarzył, że niekoniecznie jest to związane z GMO, a prędzej z chowem wsobnym tych zwierząt). Sęk w tym, że żaden szanujący się badacz nie powie, że coś jest w 100% nieszkodliwe, bo tez nie badał WSZYSTKICH możliwości. To niemożliwe.
Ostatnie lata dostarczyły jednak kilku ważnych publikacji. Najważniejsza wydaje się ta z Niemiec:
25 letnie badania finansowane przez niemieckie Ministerstwo Badań i Rozwoju potwierdzają, iż genetycznie modyfikowana kukurydza MON810 jest tak samo bezpieczna dla zdrowia jak tradycyjne odmiany kukurydzy. Natomiast zwracają uwagę, że jej uprawa korzystnie wpływa na środowisko, dzięki zwiększeniu bioróżnorodności na polach, na których jest uprawiana. Badacze wskazują również na mniejszy stopień erozji gleby oraz zachowanie żyzności gleby.
O tym jednak na serwisach ekologicznych nie przeczytacie.
To nie wszystkie mity. Na więcej nie mam miejsca (dzięki dla tych, którzy przeczytali do końca), ani czasu. Ale jakieś światło na GMO chyba rzuciłem, prawda?
Na koniec małe wyjaśnienie:
Niektórzy z Was słusznie podejrzewają, że mój artykuł powstał w odpowiedzi na pełen nieścisłości (uf, ale eufemizm!) tekst Pawła Średzińskiego. Dlaczego nie powinniście słuchać tego Pana? Bo to tzw. google-ekspert, nie legitymujący się żadnym wykształceniem na polu genetyki (sam napisał, że wypowiada się jedynie jako konsument). Łatwo sprawdzić, że Pan ten jest związany z WWF, jest jednak ekspertem od... Afryki. Jak na mój gust – temat nieszczególnie pokrewny z genetycznymi i fizjologicznymi aspektami tworzenia organizmów modyfikowanych genetycznie.
Dlaczego powinniście poświęcić czas na czytanie mojego artykułu? W końcu – jak wytknął Pan Średziński, próbując mnie zdyskredytować, gdy zabrakło mu logicznych argumentów – zawodowo zajmuję się fantastyką. Otóż, jestem absolwentem biotechnologii, specjalizacja: biotechnologia w hodowli zwierząt i ochronie środowiska. Sam fakt skończenia studiów nie czyni ze mnie eksperta (znowu cytat z Pana Średińskiego)? Owszem. Tyle że ja swoje ukończyłem z wyróżnieniem, pracę magisterską pisałem w Zakładzie Cytogenetyki Molekularniej, gdzie zajmowałem się powielaniem i badaniem sekwencji DNA.
W skrócie: Pan Średziński googluje i jest zdany na wątpliwe źródła, ja po prostu mam wiedzę.
Sami oceńcie, kto jest bardziej kompetentny.
---------------AKTUALIZACJA--------------------
Monsanto. Wciąż powraca w komentarzach. Uznałem więc, że potrzeba uzupełnienia. Praktyki tego koncernu w dużej mierze są wątpliwe, z tym nie można dyskutować.
Czy jednak można negować cały proces, bo ktoś wykorzystuje jego słabości? GMO to także modyfikowany ryż, który pomaga zwalczać niedobory witaminy A u azjatyckich dzieci. Zakazując GMO z powodu Monsanto dosłownie wylewamy dziecko z kąpielą.
Apeluję więc o odsunięcie na bok tematu Monsanto (jak walczyć z monopolem - napisałem) i skupienie się na samym GMO.
