Krótko: nie warto iść do kina. Remake klasyka z roku 1990 nie spełnia się nawet w roli nie obciążającego umysłu kina rozrywkowego – za dużo w nim idiotycznych niedoróbek, a efekty specjalne bynajmniej nie wgniatają w fotel. To już lepiej odświeżyć sobie wersję z Arnoldem.
REKLAMA
„Pamięć absolutna 2012” z Collinem Farrellem, Kate Backingsale i Jessicą Biel w rolach głównych nie jest prostym przeniesieniem fabuły oryginału do nowszych, bardziej futurystycznych realiów. I nie jest to zaleta. Owszem, miło, że filmowcy postanowili dać nam coś nowego, zamiast kazać po raz wtóry płacić za to samo. Szkoda tylko, że wszystkie ich „poprawki” nie są warte funta kłaków.
Główna zmiana, względem wersji z Arnoldem, to brak Marsa – cała akcja rozgrywa się na Ziemi, wyniszczonej w wyniku działań wojennych z użyciem broni chemicznej. W zasadzie do zamieszkania nadają się jedynie Wielka Brytania, tutaj zwana UFB, oraz Australia, przemianowana na Kolonię. W tym momencie natykamy się na pierwszy problem – najwyraźniej wraz z resztą ludzkości szlag trafił także wiatr, bo okrywające skażone strefy chemiczne opary jakimś cudem nie zawędrowują nad wspomniane wyżej enklawy. Kopuły, zaproponujecie? Guzik, odpowiem. W filmie nikt o nich nie wspomina, poza tym w Kolonii ciągle pada deszcz, a trudno mi uwierzyć, że ktoś kontrolujący pogodę właśnie taką ustawił jako defaultową. To nie koniec. Owe wielkie skażenie chemiczne, które wybiło większość ludzkości, jest tak groźne, że aby się przed nim ochronić wystarczy zwykła maska gazowa, nie trzeba się nawet przejmować wnoszeniem cząsteczek chemikaliów na ubraniu – nikt nie kłopocze się ich oczyszczaniem podczas przechodzenia przez śluzy. Mało? To powiedzcie mi, jak najlepiej przemieszczać się między Wlk. Brytanią a Australią? Tak, dokładnie, przez jądro Ziemi! W 17 minut! I jest to tak tanie, że transportuje się w ten sposób robotników fizycznych z jednej strony planety na drugą, zamiast zastąpić ich robotami (te są dość mądre, by robić za policjantów, za głupie jednak na pracę przy liniach montażowych). Mogę tak długo. Oczywiście, od letnich blockbusterów nie wymagamy głębi, ba!, nie muszą nawet mieć fabuły (vide „Transformers 3”), ale nie sposób oglądać filmu, co chwilę chwytając się za głowę.
To jednak nie koniec. Choć „Pamięć absolutna 2012” nie jest w 100% remakiem, szkielet historii i główne zwroty fabularne są prawie że identyczne, jak w wersji sprzed 22 lat. Zabija to dramaturgię, odbiera także całą moc dialogom (nawet słynne Jeżeli nie jestem mną, to kim, do cholery, jestem? wypada blado). Choć zważywszy na niezwykle równy, beznadziejny poziom aktorstwa całej ekipy (no dobrze, Farrell zasługuje na wyróżnienie, in minus), wątpliwe, aby nawet nowe kwestie wypadły choć odrobinę lepiej.
Co więc nam pozostaje? Efekty specjalne – to dla nich chodzimy na tego typu produkcje. Cóż, spece od FX byli solidarni ze scenarzystami i obsadą i również się nie popisali. Film wygląda ciekawie (choć sceneria Kolonii to totalna zrzynka z „Blade Runnera”), ale nic ponad to. Dużo wybuchów, kilka pościgów i mini-bójka w nieważkości – trochę mało jak na widowisko SF.
Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale wolałbym zobaczyć powracającego w sequelu Arnolda Schwarzeneggera (a takie były plany, prace trwały ponad dekadę). „Pamięć absolutna 2012” to film bezbarwny, niedbale zrobiony, kiepsko zagrany – jednym słowem niepotrzebny.
