Nie mogę się przekonać do komiksów superbohaterskich. Wprawdzie podobał mi się „All-Star Superman”, ale już od przygód Avengersów i mutantów z grupy X-Men – mimo najszczerszych chęci – totalnie się odbiłem. Najwyraźniej takie herosowe team-upy trawię wyłącznie na ekranie, wyłącznie w wersji Jossa Whedona.
REKLAMA
Spośród moich komiksowych lektur z ostatnich miesięcy cztery albumy zaliczyć można do historii superbohaterskich. Najbardziej podobała mi się opowieść o Człowieku ze Stali, chociaż potrzebowałem chwili, by wczuć się w specyfikę narracji (wszechpotęga bohatera) w „All-Star Superman”. Ostatecznie podbiły mnie świetna kreska i niezwykłość niektórych rozwiązań fabularnych.
Chciałem więcej.
Kolejnym wyborem był Silver Surfer: Requiem – jako brzdąc oglądałem puszczanego bodajże na TVP 2 animowanego „Spider-Mana”, kiedy więc dostrzegłem album, w którym Człowiek-Pająk występuje obok drugiego z moich ulubieńców, Silver Surfera, musiałem go mieć. Troszkę się zawiodłem, bo historia była zbyt ckliwa, stanowiła jednak dla mnie sentymentalną podróż w przeszłość (album przypomina najważniejsze wydarzenia z życia Surfera, opowieści znane mi z serialu), Spider-Man jak zawsze miał niewyparzoną gębę, a niesamowite ilustracje autorstwa Esada Ribica wynagradzały każdą wadę. Ogólnie było warto.
Następnie sięgnąłem po albumy, których bohaterami są całe grupy herosów: Avengers: Dissassembled oraz kontynuację, Ród M. Do zakupu pierwszego, jak nietrudno się domyślić, zachęcił mnie film w reżyserii Jossa Whedona (włodarze Marvela byliby ze mnie dumni – najpierw kupił bilet, a później jeszcze komiks!), w którym zespół superbohaterów doskonale się uzupełniał, w wyniku czego powstało świetne kino rozrywkowe. „Ród M” przyciągnął mnie zaś fenomenalną okładką wspomnianego wyżej Esada Ribica (tak, tak, chyba się zakochałem).
No i się zawiodłem. Może tłok był zbyt duży? Pierwszy ze wspomnianych albumów, w mojej opinii, prawie że nie ma fabuły. Mamy słynna grupę Avengers, w której dzieje się źle, a do tego potężna Scarlet Witch nie jest w stanie zapanować nad swoimi mocami, co skutkuje małym Armagedonem. Kilka trupów, dużo łez, tona patosu – wszyscy płaczą, bo grupa się rozpada. Normalnie, melodramat. „Ród M” jest o tyle lepszy, że kontynuując wątek Scarlet Witch i kryzysu pośród superbohaterów przynajmniej oferuje jakiś pomysł na dalszy rozwój wydarzeń. Nie oszukujmy się jednak, nie jest on zbyt skomplikowany. Tak jak „Dissassembled” było pretekstem do pokazania plansz z wielką rozpierdziuchą z udziałem kilkunastu herosów, tak „Ród M” przedstawia wizję świata, w którym ludzkość wymiera, wypierana przez homo superior, czyli mutantów. Koniec. No, w prawdzie znajdzie się kilka pomniejszych wątków (w tym jeden ciekawy – tragedia Spider-Mana), fabuła jest jednak rozpisana tak, aby jak najmniej posuwać się do przodu – zupełnie jakby scenarzyści mieli w głowie kolejne 100 albumów i nie chcieli za dużo opisywać, rozwadniając historię do granic możliwości.
Ja po prostu nie lubię historii rozmytych, przegadanych. Najwyraźniej widać to w „Rodzie M”, który choć obszerny, skupia się raczej na wizji, niż opowieści – mnóstwo miejsca poświęca się urywkom z iluzorycznego życia bohaterów. Zupełnie jakby pomysły były tak cenne, że należy je dawkować po jeden na album.
Co więcej, Esad Ribic robił tylko okładkę – ilustracje wewnątrz to nie lubiany przeze mnie typ „plastikowych” rysunków, z planszami komponowanymi jak od sztancy, bez żadnych wizualnych zaskoczeń.
Efekt? Chyba ostatecznie się zniechęciłem. „Avengers: Dissassembled” i „Ród M” nie są złymi albumami, po prostu całkowicie mi nie podeszły, od strony graficznej, po fabularną. Potrafię jak cukierki łykać kolejne tomy „Sandmana”, ponad 1000 stron „The Walking Dead” przeczytałem w kilka wieczorów. Tutaj się jednak odbijam, odrzuca mnie ta obfitość bohaterów, przy jednoczesnym deficycie wątków.
Poczekam sobie na „Avengers 2”.
Autor artykułu jest redaktorem miesięcznika "Nowa Fantastyka".
