Po filmie w reżyserii Davida Finchera, przyszedł czas na kolejną adaptację. Tym razem bestseller Stiega Larssona trafił na karty komiksu.
REKLAMA
Jeżeli chodzi o wszelkiej maści adaptacje wielkich hitów, zalecana jest daleko idąca ostrożność. I słusznie. Co i rusz rynek zalewają wątpliwej jakości nowelizacje gier czy flmów, komiksowe kontynuacje blockbusterów, czy też nawiązujące do filmów gry komputerowe. Owszem, wyjątki się zdarzają, jednak w 99% przypadków tego typu "dzieła" nie powinny były w ogóle powstać. Na pierwszy rzut oka do kategorii tworów-pijawek, nakierowanych wyłącznie na wyssanie jak największej ilości pieniędzy od fanów oryginału, zalicza się również komiks "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Księga I" autorstwa Denise Miny (scenariusz) oraz Leonarda Manco i Andreii Muttiego (rysunki). Czy jednak aby na pewno?
Jeżeli owy "pierwszy rzut oka" skierujecie na lewy dolny róg okładki, dostrzeżecie tam logotyp Vertigo (imprintu DC Comics), taki sam, jaki znajdziecie między innymi na "Sandmanie" Neila Gaimana, "Baśniach" Billa Willinghama czy "Lucyferze" Mike'a Careya. W skrócie: uznana marka. Ale hola!, nie musicie aż tak wysilać wzroku - czyż wystarczającą zachętą nie jest fenomenalna ilustracja okładkowa autorstwa Lee Bermejo? Polski wydawca, na szczęście, zdecydował się pozostawić oryginalne liternictwo, sprytnie wkomponowując swoje dodatki w amerykański projekt. Efekt to jedna z ciekawszych okładek komiksu, jaką widziałem od dłuższego czasu.
To jednak tylko opakowanie, w środku nie jest już tak idealnie. Przede wszystkim należy zadać sobie kluczowe pytanie - co przeniesienie na komiksowe medium dało historii Lisbeth Salander i tajemniczego zniknięcia młodej Hariet? Szczerze - nic. Fabularnie scenariusz Miny nie zaskakuje, największym odstępstwem od oryginału jest dodanie sceny, w której główna bohaterka brutalną napaść odreagowuje zrobieniem sobie nowego tatuażu. Poza tym, dla tych którzy czytali książkę bądź widzieli film Finchera, na zachodzie bez zmian. Choć nie, jest jedna, dość istotna - wiele scen, zwłaszcza ta jakże pamiętna, w domu kuratora, zostało złagodzonych. Czyżby narysowanie tego, co zostało opisane w książące sprawiało, że brutalna scena stała by się zbyt brutalna? Zapewne chodziło o to, aby przypadkiem na okładce nie pojawił się znaczek "Tylko dla dorosłych". A szkoda, bo w ten sposób historia została w pewnym sensie wykastrowana z bardzo silnych emocji.
Na więcej pochwał zasługuje strona wizualna, ciekawe jest zwłaszcza wyraźne rozróżnienie na wątek Lisbeth (dynamiczne kadry, ciekawe kompozycje, ciemne kolory, gra cieniami) i Mikaela (jasne, żywe kolory, spokojne kompozycje; momentoami może nawet zbyt grzeczne ułożenie kadrów), a także fakt, że choć komiks powstawał już po premierze filmu, nie widać żadnych śladów inspirowania się rysowników hollywoodzką wizją. "Hellboy" czy "Sandman" to to nie jest, ale też artyści nie mieli znowu tak wielkiego pola do popisu, a mimo to udało im się stworzyć kilka zapadających w pamięć plansz, zwłaszcza tych, na których pojawia się Salander.
Ogólne wrażenie jest pozytywne, choć komiks najbardziej spodoba się tym, którzy do tej pory nie czytali książki, ani nie oglądali filmu. Minie udało się przenieść połowę ponad 600-stronicowej książki na 144 karty komiksu, nie tracąc zbyt wiele treści, panując także nad dynamizmem i dramaturgią. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Księga I" to pozycja ciekawa, a świetne wydanie (twarda oprawa, kredowy papier, staranne wykonanie), w połączeniu z niezwykle niską jak na realia rodzimego rynku komiksowego ceną sprawia, że warto po nią sięgnąć. Osobiście, mimo uwag, czekam na kontynuację. Mam nadzieję, że artyści pozowolą sobie w niej na więcej swobody i odwagi.
Autor artykułu jest redaktorem miesięcznika "Nowa Fantastyka".
