Największa niespodzianka Oscarowych nominacji to jednocześnie najtrudniejszy orzech do zgryzienia. Film Zeitlina jest jak jego bohaterowie – chaotyczny, ale ma swój urok.
REKLAMA
Z niewiadomych mi przyczyn pełnometrażowy debiut Benha Zeitlina zaczęto klasyfikować jako film post-apokaliptyczny, czasami także jako magiczny realizm. Fakt, jest w nim powódź, w wyniku której rodzinne strony bohaterów zostają zalane, nie ma jednak mowy o ogólnoświatowej katastrofie, skoro kawałek dalej, za tamą, ludzie żyją normalnie, stąpając po suchym lądzie. A magia? Zapewne chodzi o tytułowe bestie, ogromne dzikopodobne monstra, pędzące gdzieś przez cały film, nie za bardzo jednak wiadomo, czym są i po co właściwie biegną, ich wpływ na fabułę jest natomiast nie tyle drugo-, co trzecio- albo czwartorzędny.
Czym więc są „Bestie”? To opowieść o wyrzutkach. Wspomniane tereny zalewowe, tak zwana Wanna, to kawałek ziemi gdzieś w Luizjanie, wybitnie podatny na powodzie. Można sądzić, że zamieszkujący go czym prędzej się spakują i umkną przed żywiołem, i większość faktycznie tak robi, garstka nie poddaje się jednak nakazom władz i zostaje w swoich domach. Domach, czyli skleconych byle jak z najróżniejszych materiałów rozsypujących się chatach, które nierzadko dzielą z żywym inwentarzem. Ponad bezpieczeństwo ludzie ci cenią sobie wolność i niezależność, wolą więc jeść ochłapy i ukrywać się przed ekipami ewakuacyjnymi, niż zostać zamkniętym w jakimś rządowym ośrodku.
W tym wymiarze są „Bestie” pochwałą prostego stylu życia, wolności i krytyką bezdusznej biurokracji, chcącej na siłę uszczęśliwiać obywateli. Bohaterowie naprawdę szczęśliwi są w swoim własnym towarzystwie, zajadając się skorupiakami i popijając je obficie piwem, śmiejąc się jak opętani i śpiewając coś bełkotliwie. Kiedy zaś trafiają do szpitala-ośrodka, sprawiają wrażenie na siłę wciśniętych w ramy, które ich duszą (świetne ujęcie głównej bohaterki, wciśniętej w sukienkę, z uczesanymi włosami). W ramy społeczeństwa, które odrzucają.
Tak naprawdę są jednak „Bestie” opowieścią o trudnym ojcostwie. Wink jest fatalnym tatą dla małej Hushpuppy, jednocześnie jest ojcem idealnym, a raczej idealnie pasującym do rzeczywistości. Wydaje się szorstki, sprawia wrażenie, jakby mu nie zależało, tak naprawdę jednak córka to jego priorytet, a cała ta agresja, ten gniew to sposób przygotowania dziewczynki na życie bez niego – i w zasadzie pod tym względem są „Bestie” filmem apokaliptycznym, bo dotyczą małego końca świata, zagłady dotyczącej małej dziewczynki, dla której odejście rodzica właśnie to oznacza.
I aż trudno uwierzyć, że nominowany do Oscara film trzyma się głównie na kreacjach dwojga absolutnych debiutantów, w żadnym bądź razie nie zawodowych aktorów. Cała uwaga skupia się oczywiście na młodziutkiej Quvenzhané Wallis, najmłodszej nominowanej do Oscara za rolę pierwszoplanową aktorki w historii. Czy zasłużenie? Tak. Pewnie mniej tu umiejętności, dużo za to talentu, a w największej mierze pochwały należą się specom od castingu, którzy idealnie obsadzili ją w roli Hushpuppy, jednemu nie można jednak zaprzeczyć – efekt robi wrażenie. Dziwi z kolei pominięcie przez Akademię Dwighta Henry’ego, filmowego Winka, który doskonale oddał dwoistość natury swojego bohatera. Rzekłbym wręcz, że gdyby był nominowany, Robert De Niro zyskałby poważnego konkurenta do statuetki. Szkoda, że go nie doceniono.
Szkoda także Bena Richardsona, operatora, również bez nominacji, bo akurat zdjęcia uważam za jedną z większych zalet „Bestii”. Fakt, efekt rozdrganej kamery mógł się już widzom znudzić, niektóre ujęcia robiły jednak naprawdę dobre wrażenie, doskonale budując nastrój danej sceny; najlepiej wypadają ujęcia zaraz po powrocie ze szpitala.
Przy tym wszystkim jest jednocześnie film Zeitlina bardzo chaotyczny, trudny do rozgryzienia – historii daleko do spójności, stanowi raczej porozrzucane klocki, niż klarowny obraz, de facto nie ma także wyraźniej osi fabularnej. „Bestie” to taki filmowy kolaż, w którym mieszają się różne wątki, niektóre elementy ktoś z kolei dodał bez żadnej wyraźniej przyczyny (tytułowe stwory). Momentami trudno także zrozumieć, jakie uczucia miała wywołać dana scena – jest coś dziwnego w ujęciach zaraz po powodzi, zupełnie jakby kataklizm niewiele zmienił w bohaterach.
Zeitlin bardzo dużo każe widzowi dopowiadać. Czy to źle? Chyba nie. Osobiście preferowałbym jednak większą spójność, tak aby do ciekawych zdjęć i świetnych kreacji aktorskich dodać interesującą opowieść, czy mówiąc prościej – fabułę, której w „Bestiach” prawie nie ma. Skupiłbym się także na kilku wybranych tematach, zamiast skakać, jakby reżyser nie mógł się zdecydować, co chce nam przekazać. Chociaż z drugiej strony – czyż ten chaos nie jest nieodzownym elementem filmu? W pewnym sensie pasuje do świata i bohaterów. Może więc część widzów uzna, że porządek tylko wszystko by popsuł.
Taki urok „Bestii”, że są niejednoznaczne. Ciekawy film.
To kolejna odsłona cyklu Oscary 2013, w ramach którego ukażą się recenzje wszystkich obrazów nominowanych w kategorii Najlepszy film.
Ocenione:
- Operacja Argo;
- Les Miserables. Nędznicy;
- Django
- Życie Pi;
- Wróg numer jeden;
- Poradnik pozytywnego myślenia;
- Lincoln;
- Bestie z południowych krain.
Ocenione:
- Operacja Argo;
- Les Miserables. Nędznicy;
- Django
- Życie Pi;
- Wróg numer jeden;
- Poradnik pozytywnego myślenia;
- Lincoln;
- Bestie z południowych krain.
Pozostała:
- „Miłość”.
- „Miłość”.
Recenzja wkrótce.
