Ten film nie mógłby być bardziej niehollywoodzki. Jest gorzki i minimalistyczny, porusza, choć nie wyciska łez. W pełni zasłużona nominacja do Oscara.

REKLAMA
logo
Jean-Louis Trintignant jako Georges. Zasłużył na nominację do Oscara, szkoda, że Akademia miała inną opinię. Gutek Film
Gdy Hollywood porusza trudne tematy, jak alkoholizm w „Locie”, czy załamanie nerwowe w „Poradniku pozytywnego myślenia”, zawsze je nam osładza, przyprawia humorem i koniecznie daje nadzieję. Nieważne jak nam źle, nieważne, jakie przed nami trudności, będzie dobrze, damy radę, pokonamy przeciwności, albo przynajmniej staniemy się przez nie lepszymi ludźmi – cierpienie w Fabryce Słów zawsze ma sens.
W życiu niekoniecznie. „Miłość” to opowieść o małżeństwie, Anne i Georgesie, którzy wiele razem przeszli, a których czeka najpoważniejsza z prób – choroba kobiety. Oboje mają już niemało lat, dożywają swoich dni chodząc na koncerty, czytając książki i słuchając muzyki (Anne była nauczycielką gry na pianinie). Z kobietą jest jednak coraz gorzej, zdarzają jej się momenty „zawieszenia”, w końcu doznaje udaru, później drugiego. Póki jeszcze jednak była sprawa, poprosiła męża o jedną rzecz – poprosiła, by nie kazał jej wracać do szpitala. Powiedziała też mu, że nie chce już żyć.
Prawdziwym bohaterem filmu Hanekego jest więc Georges, kochający i oddany mąż, który dotrzymuje obietnicy. W momencie, gdy Anne mówi mu, że woli odejść w spokoju, niż męczyć siebie i przede wszystkim jego, mimo, że jej mąż ucina rozmowę, widz już wie, jak skończy się ta historia (film otwiera zresztą scena wyważającej drzwi mieszkania policji, dopiero później zaś cofamy się do poprzedzających to wydarzeń, stąd finał jest jasny od samego początku). „Miłość” to historia dojrzewania w mężu decyzji o ukróceniu cierpienia żony. O jego próbach wyleczenia jej, zmuszania się do walki o nią, zmuszania jej do życia; to kronika powolnej śmierci nadziei.
logo
Emmanuelle Riva jako Anne. Gutek Film
Jest to przy tym obraz niezwykle prawdziwy, jakby mottem reżysera było uchwycenie na celuloidzie rzeczywistości. Z całą jej nudą i rutyną. To nie jest historia pełna wielkich dramatów, gwałtownych scen i gorących uczuć. To film o jedzeniu, spaniu, zmienianiu pieluch, karmieniu papką z sokiem brzoskwiniowym i wsłuchiwaniu się w bełkotliwe zawodzenia. To film świadomie nudny, z mnóstwem statycznych ujęć, bez żadnej muzyki, z wyjątkiem tej puszczanej czy granej przez bohaterów (w końcu życie też nie ma soundtracku); kamera prawie się nie rusza, co chwilę trafia się scena jak odkurzanie pokoju czy mycie naczyń. Jednocześnie nie brakuje niezwykle mocnych ujęć, jak polowanie na gołębia czy wynikłe z tęsknoty za żoną przewidzenia Georgesa, a nawet scena milczenia po otrzymaniu listu od jednego z byłych uczniów. Minimum formy, maksimum przekazu.
I dziw bierze, że Akademia doceniła Emmanuelle Rivę (Anne), pominęła zaś w nominacjach Jeana-Louisa Trintignanta – przecież „Miłość” to film o Georgesie, o jego walce, o jego woli. To o jego miłość chodzi, to na nim spoczywa ciężar ciągnięcia tej opowieści, to wreszcie z nim spędzamy jakieś trzy czwarte filmu, z Anne szybko schodzącą (aktorsko) na drugi plan.
Spośród dziewięciu nominowanych w tym roku do Oscara obrazów, „Miłość” jako jedyna naprawdę stara się nam coś powiedzieć. To film powstały nie dla rozrywki, ale dla prawdy, odważny, bo porusza temat eutanazji i pokazuje bohatera, który decyduje się skrócić cierpienie najbliższej osoby.
Zostawia ślad.

To przedostatnia odsłona cyklu Oscary 2013, w ramach którego ukazały się recenzje wszystkich obrazów nominowanych w kategorii Najlepszy film:
- Operacja Argo;
- Les Miserables. Nędznicy;
- Django
- Życie Pi;
- Wróg numer jeden;
- Poradnik pozytywnego myślenia;
- Lincoln;
- Bestie z południowych krain;
- Miłość.
Ostatnim artykułem w serii będzie tekst podsumowujący, z wytypowaniem moich kandydatów do statuetek. Do przeczytania jutro, tj. w sobotę.
Gala wręczenia Oscarów odbędzie się w nocy, z 24 na 25 lutego.