Są takie dwa dni w roku, gdy wszystkie media załamują ręce nad poziomem czytelnictwa w Polsce: Światowy Dzień Książki oraz ten, w którym Biblioteka Narodowa publikuje wyniki swoich badań. Co za tym biadoleniem idzie? Nic.

REKLAMA
logo
Zdjęcie na licencji Creative Commons

Każdy czytelnik – a więc ktoś, kto po książki sięga regularnie, nie tylko w momencie wybuchu jakiejś mody na dany tytuł, vide „Pięćdziesiąt twarzy Greya” – zżyma się na to, że na szczyty list bestsellerów zazwyczaj trafiają pozycje takie jak „Zmierzch”, „Pamiętniki wampirów”, „Eragon”, powieści Paulo Coelho, czy wspomniane porno dla mamusiek. Przecież jest tyle świetnych książek – oburzają się miłośnicy słowa pisanego. Dlaczego oni sięgają po takie gnioty? Nie dziw, że czytelnictwo spada! Prawda jest jednak taka, że gdyby nie te „gnioty”, strach pomyśleć, jak wyglądałyby wyniki badań czytelnictwa.
Zastanawialiście się jednak kiedyś, dlaczego ogromną popularność zdobywają tego typu tytuły? Bo ludzie to bezguścia, łykające grafomanię jak pelikan ryby? Nie. Przecież tak jak lud wykupuje nakłady kolejnych części historii Edwarda i Belli, tak samo rzuci się na laureatów Paszportu Polityki, nową powieść Umberto Eco, świeżego Noblistę czy choćby „Grę o tron”. To nie są złe książki – wręcz przeciwnie. Skąd więc taki dysonans?
Bardzo duża, sądzę, że lwia część osób kupujących książki nie robi tego regularnie – w rozumieniu, nie wybiera się do księgarni po to by kupić książkę byle jaką. Zazwyczaj idą po coś konkretnego, coś, o czym właśnie słyszeli. A o czym słyszeli? O świetnym „Droodzie” Dana Simmonsa? A może o nowej powieści Cormaca McCarthy’ego (o ile nie jest to „Droga” – nie, nie słyszeli)? A gdzie mieli o tym usłyszeć? Nie każdy czytelnik jest ekspertem, nie każdy potrafi wyszukać konkretnych informacji o książce, nie każdy potrafi sam wybrać coś, co może mu się spodobać. Kiedy więc już decyduje się coś kupić, wybiera to, co polecono mu w kolorowym piśmie, o czym trąbiono w Zetce, czy co spogląda na niego z billboardu. Dowód? Popularność książek „filmowych”, a więc nawiązujących do wchodzącego właśnie do kin obrazu, najczęściej zaś będących podstawą dla jego scenariusza. Jak to jest, że ludzie sięgają po książki, skoro albo widzieli już film, albo mogą go zobaczyć (nie każdy, kto kupuje „filmową” powieść od razu idzie do kina)? Jak to jest, że setki tysięcy kobiet na co dzień nie czytających, nagle rzuca się do księgarń po trylogię E.L. James?
logo
Świetny przykład książki "filmowej" to "Atlas chmur" - powieść Mitchella była już wcześniej wydana w Polsce, przeszła jednak bez echa. Dopiero premiera filmu sprawiła, że wydanie twardookładkowe rozeszło się w mgnieniu oka. Kino Świat
Nasuwa mi się jedna odpowiedź: bo ludzie generalnie nie mają nic przeciwko książkom, równie chętnie coś przeczytają, co obejrzą film. Sęk w tym, że sami nie potrafią wybrać z natłoku tytułów, czekają więc na bardzo silny bodziec, który jasno powie im: kup TEN tytuł. Takim bodźcem będzie fakt, że po daną książkę sięgnęły miliony osób na świecie (czym wydawca pochwali się na reklamie bądź okładce), albo fakt, że ktoś nakręcił na jej podstawie film (skoro ktoś to zrobił, nie może być zła, nie?), albo polecenie przez jakiegoś celebrytę w programie śniadaniowym. Tak samo działają billboardy czy plakaty na przystankach komunikacji miejskiej – nikt przecież nie rzuci się do księgarni, bo zobaczył coś w metrze. Gdy jednak już, może dzień, może tydzień później stanie przed półką pełną nowych tytułów, po który sięgnie: po ten, który widzi pierwszy raz, czy ten, który widział już razy naście, na wielkoformatowych reklamach?
W skrócie: ludzie potrzebują bodźca, by sięgnąć po książkę.
I teraz sedno tego przydługiego wywodu: czy media, które tak lamentują nad kondycją czytelnictwa w Polsce, takiego bodźca dostarczają? Idę o zakład, że gdyby w „Faktach” na TVNie któryś z dziennikarzy przygotował materiał o jakiejś wartej uwagi nowości książkowej, na drugi dzień wydawca otwierałby szampana i zlecał dodruk. Pamiętam, co się stało, gdy Kuba Wojewódzki i Dorota Wellman polecili na antenie pozycję z wydawnictwa, w którym pracowałem. Kilka słów, krótkie wspomnienie, że to fajna książka jest, wystarczyło. Mechanizm jest prosty.
Tymczasem jedynym regularnie polecającym książki programem informacyjnym jest „Teleexpress”, za co jego redaktorom wieczna chwała. Co środę poświęcają dosłownie 2-3 minuty na materiał o jakiejś nowości. A reszta? „Wiadomości”? „Fakty”? „Panorama”? „Informacje”? Tak, te same serwisy, których prezenterzy później wzdychają znacząco, gdy mówią o kolejnym spadku liczby czytających Polaków. W radiu jest lepiej, wiele rozgłośni wciąż patronuje książkom, mają nawet po kilka poświęconych im programów, tutaj jednak również proces de-książkizacji postępuje – największe rozgłośnie odchodzą od omawiania książek, ceny patronatów stają się zaś zaporowe.
Ratunkiem dla książki jest prasa drukowana, której redaktorzy nie stronią od pisania o literaturze, aczkolwiek i tutaj mogłoby być lepiej. Do dziś pamiętam akcję dziennika „Metro” bodajże sprzed dwóch lat, które postanowiło ratować czytelnictwo serią artykułów o tym, jak to czytanie jest sexi i jak się od książek mądrzeje. Super. Tyle, że był to czas, gdy „Metro” czytałem regularnie, zawsze zgarniając egzemplarz w drodze go pracy, a z racji profesji interesowałem się obecnością tekstów o książkach na jego łamach – zanim ruszyła owa akcja, recenzje pojawiały się w „Metrze” raz na kilka, bywało że i kilkanaście tygodni.
Może więc nazwę Światowy Dzień Książki rozwinąć do Światowy Dzień Obecności Książki w Mediach, Które Przez 363 Dni w Roku Mają Literaturę W Głębokim Poważaniu? Wtedy to stacje telewizyjne, choćby przez jeden dzień, przestały by zapychać programy informacyjne durnymi materiałami o panach, którzy zbierają gwizdki do czajników, a polecaliby widzom warte uwagi pozycje książkowe. Prawda, że byłoby pięknie? I może prezenterzy przestaliby marudzić, że trzeba zmienić mentalność narodu i skojarzyli, że zmienić muszą, ale samych siebie.
Marzy mi się taki Światowy Dzień Książki.