Każdy komiks z Hellboyem to uczta dla oka. W „Lichwiarzu…” mamy cztery opowieści i czterech różnych rysowników, z których każdy wnosi do mrocznego uniwersum Piekielnego Chłopca coś od siebie. Świetny album.

REKLAMA
logo
Fragment ilustracji okładkowej z "Lichwiarza i innych opowieści". Egmont
Gdyby złota rybka chciała spełnić moje trzy życzenia, jednym z nich byłoby, aby del Toro nakręcił trzeciego Hellboya. Chwilowo się na to nie zanosi (choć ponoć Ron Perlman namawia Meksykanina do rozpoczęcia prac!), na szczęście jednak nie zanosi się również, aby Mike Mignola przestał tworzyć kolejne komiksy z rogatym bohaterem w roli głównej.
„Lichwiarz i inne opowieści” to dziesiąty album w serii, który ukazał się w Polsce, bez większego bólu można jednak czytać go jako dzieło samodzielne. Owszem, coś tam umknie (np. trudno będzie zrozumieć historię zatytułowaną „Pieprzyk”, nie wiedząc nic o mrocznym przeznaczeniu, jakie wisi nad głównym bohaterem), ale ogólna wiedza o bohaterach (pochodząca choćby z hollywoodzkich ekranizacji) wystarczy, by bez problemów śledzić akcję w tytułowym – najdłuższym i zarazem najlepszym w tomie – „Lichwiarzu” oraz krótkich: „W świątyni Molocha”, „Ci, którzy na statkach ruszyli na morze” i wspomnianym „Pieprzyku”.
To krótkie historie, epizody, nawet najobszerniejszy tekst tytułowy posiada raczej nieskomplikowaną fabułę, a co dopiero pozostałe trzy – kilka scen, jedna przygoda, bez wstępu, z natychmiastowym wejściem w akcję. W jednym Hellboy walczy z wiedźmami, w kolejnym spotyka pirata Czarnobrodego, w następnym dusi w zarodku odrodzenie dawnego boga, a w opisywanym „Pieprzyku” żadnego przeciwnika nie ma, wgłębiamy się po prostu w psychikę Piekielnego Chłopca. Nie ma co jednak narzekać na skrótowość fabuły, Mignola zawsze dba o niezwykłe bogactwo tła – punktem wyjścia są zazwyczaj jakieś legendy, strasznie historie i tym podobne, które zostają rozwinięte z udziałem Hellboya.
logo
Plansza z tytułowej historii - "Lichwiarza". Autorem rysunków jest Richard Corben. Egmont
Osobiście w Hellboyu najbardziej ceniłem zawsze stronę graficzną. Zdarzały się lepsze i gorsze fabuły (zwłaszcza w pierwszych tomach można marudzić na chaotyczne przejścia między scenami i ogromne, wprowadzające lekki zamęt skoki fabularne), rysunki nieodmiennie jednak zwalały z nóg – tutaj prawie każda plansza to małe dzieło sztuki, godne oprawienia w ramki i powieszenia w salonie. „Lichwiarz…” przypadł mi do gustu głównie dzięki faktowi, że cztery zawarte w albumie historie rysowało czterech różnych artystów – obok samego Mignoli (rysunki do „W świątyni Molocha”), ogromne wrażenie robią również Richard Corben (fenomenalne szkice w „Lichwiarzu”!) i Jason Shaw Alexander, absolutnie olśniewający grą cieni i paletą barw w „Tych, którzy na statkach…”. Duncan Fregedo, rysownik „Pieprzyka” wypadł na ich tle nieco blado, aczkolwiek zaproponował ciekawie intensywne kolory, prezentując inną wizję świata Piekielnego Chłopca, co czyni jego dzieło równie godnym uwagi.
Nie mogę więc nie polecić „Lichwiarza i innych opowieści” – ten album na nowo rozbudził moją sympatię do serii, w którą kiedyś się wciągnąłem, później jednak odłożyłem. Chwilowe zaćmienie mózgu już mi jednak minęło i rzucam się do nadrabiania tych kilku nieprzeczytanych tomów (aż odpaliłem dzisiaj płytę DVD z „Hellboyem: Złotą armią” – świetny film!). Przygody Hellboya to świetna okazja do poznania mnóstwa niesamowitych opowieści ze świata legend, mitów i zapomnianych religii, a także do obcowania z rysunkami jednych z najlepszych artystów na rynku.
logo
Okładka albumu "Hellboy: Lichwiarz i inne opowieści". Egmont